Najpierw osoby dramatu i rys historyczny.
Moja obecna Szefowa (S), Matka Szefowej (MS), Młoda Pani Magister - koleżanka Szefowej ze studiów (PM) i świeżo upieczona Właścicielka Apteki, (WA), gdzie wszystkie razem pracowały, wiekowo zbliżona do S i PM. Czas akcji- między 15 a 20 lat temu...
S stwierdziła, że ona u WA nie będzie pracować i czas otworzyć coś swojego. Jak pomyślała- tak zrobiła. Zabierając ze sobą MS (która jakoś tak "na dniach" nabyła prawa emerytalne) i PM, którą uczyniła kierowniczką nowo otwartej apteki. Sama właśnie zaszła w zagrożoną leżącą ciążę. A kto by się przejmował, że WA zostaje sama z całym kramem... lepiej otworzyć pod bokiem konkurencję... Akurat szukałam pracy po wychowawczym z Młodszym (w poprzedniej pracy dostałam wypowiedzenie...), S i PM szukały pracownika... Trafiło się... Pracowałyśmy we trzy- PM, ja i pani Technik- emerytka. Nie przeszkadzało mi kompletnie, że moją kierowniczką jest osoba młodsza ode mnie, którą ponoć wywaliłam z jakiegoś kolokwium... Stare dzieje... Pracowało się dobrze, wszystko było zapięte na ostatni guzik, wszystkie się starałyśmy, S z powodzeniem doleżała do szczęśliwego rozwiązania, MS cieszyła się emeryturą...
Ale gdzieś tam z tyłu głowy PM wiedziała, że sielanka się skończy... Bo S prędzej czy później będzie chciała wrócić do pracy. W międzyczasie w wielkiej tajemnicy S otworzyła drugą aptekę- w miejscowości dosyć daleko od naszego miejsca zamieszkania, z pierwotnym przeznaczeniem na miejsce pracy własne i MS. O czym PM nie wiedziała... I jak się jej trafił okazyjnie lokal na aptekę w jednej z okolicznych wsi- postanowiła odejść na swoje... Po mniej więcej półtora roku wspólnej pracy... Awantura była nieziemska, PM została zwolniona w trybie natychmiastowym, S przyszła na jej miejsce, dostałam propozycję "kierowniczenia" w "placówce zamiejscowej"- dojazd własnym samochodem 40 minut w jedną stronę po dziurawych wiejskich drogach. Młodszy miał właśnie iść do przedszkola. Odmówiłam, zostałam tu, gdzie jestem do dziś. S kupiła w tamtej miejscowości kawalerkę, oferta dla kierownika z mieszkaniem była dosyć atrakcyjna, personel dosyć szybko się znalazł. Jaki- to materiał na inną, bardzo długą opowieść... Jak magister nie może znaleźć pracy na terenie swojej izby (województwa), bo nikt go nie chce- to o czymś to świadczy... Ale lepszy taki, niż żaden...
Wróćmy do meritum. PM została zwolniona i poszła na swoje, S i MS zaczęły pracować tu, gdzie obecnie, minęło kilkanaście lat i mnóstwo roszad personalnych, z pierwotnego składu już od dosyć długiego czasu jestem tylko ja... S i PM mieszkają po sąsiedzku, pogodziły się już dawno. Z 10 lat temu PM chciała, żebym przyszła do niej na 1/3 etatu na zastępstwo, bo była w ciąży... Nie uśmiechały mi się dojazdy na wieś 15 km, nie zgodziłam się wtedy...
*********************************
Zeszły piątek, około 18. Spokój, cisza, z nudów przeglądam gazetkę dla pacjentów. Wchodzi PM... I pyta, czy jest S... Nie ma oczywiście, będzie za jakieś pół godziny...
- Bo tak właściwie to ja do ciebie... Nie przyszłabyś do mnie na 4 dni na zastępstwo? Od tego -do tego... (akurat w tygodniu wyjazdu Ślubnego i Starszego, nie dostałam urlopu bo szefowa miała inne plany...). Idę na urlop, musiałabym zamknąć, bo pracuję sama. Nie za darmo, oczywiście, uzgodnię z S...
Szczęka mi opadła, lekko mnie przytkało... W miejscowości gdzie pracuje- byłam może z raz przejazdem... Nie mówiąc o tym, że od czasu naszej wspólnej pracy upłynęło kilkanaście lat... a razem pracowałyśmy lekko ponad rok... Tonący- brzytwy?
- Nie mam transportu. Chłopaki wyjeżdżają, samochód zostawiają w Warszawie na parkingu. Szczerze mówiąc- miałam inne plany na ten tydzień. Chyba nie...
- Transport ci zorganizuję. Zapłacę. Posprzątasz kiedy indziej...
- Dzięki, ale nie...Wiesz, od czasu naszej wspólnej pracy minęło parę lat, mogłam się zmienić...
- Nawet nie powiesz, że pomyślisz? Nie chcesz zarobić???!!! To tylko na 4-5 godzin dziennie. Nie byłabyś sama, mam bardzo rozgarniętą pomoc, pomogłaby ci. Przecież wszystko w programie umiesz zrobić...
- Nie... Bardzo mi miło, że o mnie pamiętasz, że masz do mnie takie zaufanie, ale to nie dla mnie... Za stara jestem na takie akcje.
- Jak- za stara... Szkoda. To chyba już nie będę zawracać głowy S.... Chciałam z nią o tym pogadać, ale jeśli nie chcesz- trudno... To cześć...
I sobie poszła. W tzw. międzyczasie- a rozmowa w sumie trwała z kwadrans i polegała głównie z jej strony na przekonywaniu mnie i moich odmowach- "bo nie i już"- nie było ani jednego pacjenta. Na szczęście... I dobrze, że poszła, zanim S. przyszła...
A ja zaczęłam myśleć, jak PM to sobie wyobrażała. Że gnam rano do niej, a potem na drugą zmianę tutaj? Akurat byłby problem, bo koleżanka (już o niej pisałam) dorabia sobie jako nauczycielka i akurat w te dni rano ma lekcje. A nie wiem, czy S zgodziłaby się być całe przedpołudnia sama... Chociażby po to, żeby komuś zrobić na złość- stwierdziłaby, że wtedy w okolicach przedpołudnia też coś ma... Urlop na te dni- bez sensu... Gdybym go mogła dostać- to poleciałabym ze Ślubnym na wakacje, a nie szłabym do innej pracy. Urlop ma być przeznaczony na wypoczynek. Kropka. Poza tym- kompletnie nie znam tamtej okolicy, ludzi... I- na własne życzenie najmować się na stróża czyjegoś dobytku? W sumie- obcej osoby? Taka odpowiedzialność nie jest warta żadnych pieniędzy...Niech się coś stanie... Może- gdybyśmy były przynajmniej bliskimi znajomymi... Ale tak?
Czy ja jestem dziwna, że nie chciałam sobie dorobić i odmówiłam takiej okazji? I- im dłużej o tym myślę- tym bardziej sprawa wydaje mi się nieczysta... Na własne życzenie stanęłabym między S i PM- między młotem a kowadłem... A tu gdzie jestem- mimo wszystkich zawirowań- nie jest mi najgorzej. I naprawdę nie chciałabym tego popsuć. A taka sytuacja- wydaje mi się- zarysowałaby dosyć mocno nasze w miarę poprawne stosunki z S...
Cytując znajomego: "ponieważ się nie znam, to się wypowiem". ;) Przeczytałam powyższy post (chyba ;) ) ze zrozumieniem i uważam, że intuicja Cię nie zawiodła. Lepiej nie wikłać się w niejawne układy, a z tego co piszesz, S i PM tkwią w szorstkim związku. :) Pozdrawiam Cię serdecznie
OdpowiedzUsuńPS. Bardzo przyjemnie czyta się Twoje teksty. :)
Dziękuję :)
UsuńTrochę się z początku pogubiłam w tych zawiłościach personalnych ;) Ale już pod koniec wszystko jasne i też myślę że podjęłaś słuszną decyzję. Także nie martw się i ciesz nadchodzącym weekendem :)
OdpowiedzUsuńZ weekendu zostanie mi tylko niedziela, bo w sobotę pracuję od świtu do nocy. Taki układ. Przynajmniej czysty...
UsuńDobrze zrobiłaś, będziesz spokojniejsza.
OdpowiedzUsuńDobrze, że jesteś asertywna,masz swoją pracę, żeby komuś zrobić dobrze a sobie skomplikować? To bez sensu.
OdpowiedzUsuńSkoro chciała pogadać z S, to może uzgodniłaby,żebyś nie gnała na drugą zmianę z językiem na brodzie, może do obecnej pracy nie musiałabyś przychodzić...no ale, po pierwsze musiałabyś wyrazić zainteresowanie a ona jasno powiedzieć jak miałoby to wyglądać. Rozmowa powinna odbyć się w obecności was trzech.
Dla mnie Twoja decyzja jest oczywista!
OdpowiedzUsuńMasz rację, praca to nie wszystko, zwłaszcza taka wywracająca życie do góry nogami. Ale niektórym trudno zrozumieć, że ma się inne priorytety
OdpowiedzUsuń