piątek, 29 marca 2019

19/2019

Dywagacji herbacianych ciąg dalszy...
Pochodzę z rodziny, gdzie bardziej piło się herbatę, niż kawę. To tak bardzo górnolotnie brzmi, natomiast wyobraźmy sobie siermiężne lata 70.i 80. ubiegłego wieku i niedużą miejscowość, gdzie wszystko "zdobywało się" "po znajomości". W takich warunkach o jakiejkolwiek celebrze nie mogło być mowy. Owszem, Rodzice pijali kawę, zdobywali skądś ziarnistą (ta pożądana była arabica, nie robusta)(chyba na kartki?), mielili w młynku elektrycznym i zaparzali metodą "dwie łyżeczki na szklankę, zalać wrzątkiem". Raczej od święta, niż codziennie. Do tej pory pamiętam dyskusje "o wyższości młynka udarowego nad żarnowym". Tia... Tata- nauczyciel wychowania technicznego w liceum- bardzo chętnie objaśniał kilkulatce takie niuanse, do tej pory pamiętam. Kawa musiała być zmielona "na pyłek". Zresztą- podejrzewam, że przy ówczesnej jakości ziarna i jedynej słusznej metodzie parzenia- była to konieczność. W tej chwili uważa się, że młynki żarnowe, szczególnie te z regulacją grubości mielenia- są dużo lepsze. Ale nie oszukujmy się, weszły ekspresy ciśnieniowe, miliony rodzajów ziaren kaw, to i wytrawny smakosz wyczuje różnicę w grubości mielenia. Ja w kawie nie zdążyłam się rozsmakować, zanim weszłam w wiek "kawowy"- wyniosłam się z domu, zamieszkałam w akademiku i tam też preferowałam herbatę. Zresztą- najpierw kawę ciężko było kupić, a potem nie mogłam się rozsmakować...
Co innego herbata... Tata jako nauczyciel- dostawał "przydział". I pamiętam, że nie były to bylejakie sklepowe "gruzińskie". Trafiał się darjeelig, trafiał się ooolong... To wiem, pamiętam napisy na pudełkach, chociaż byłam jeszcze za mała, aby docenić smak. I herbata musiała mieć widoczne liście- im większe, tym lepiej... (teraz wiem, że niekoniecznie...) Potem byłam większa i przyszedł kryzys... wtedy dawało się pić tylko granulowaną, którą rodzice "dosmaczali" jakimś czymś erlgreyopodobnym. Tak było... Dla Rodziów herbata musiała być mocna, najlepiej ciemnobrązowa, miarą jakości była dla nich barwa naparu. Teraz wiem, że to nie kolor świadczy o jakości. Kiedyś w jakimś specjalistycznym sklepie kupiłam- już nie pamiętam jaką, czarną oczywiście... Jak zaparzyłam półtorej łyżeczki na szklankę, to nie mogłam wypić, mimo słomkowej barwy- taka była mocna. Ale smak i aromat- nieziemski... Co do barwy- granulat robiony z najpodlejszych resztek da się zaparzyć "na czarno"... Ale od tamtej pory uwielbiam mocną herbatę... W akademiku kupowałam sobie to, co było dostępne i też "dosmaczałam", jak mi się udało kupić coś erlgreyopodobnego. Bo samego takiego cuda pić się nie dało, zbyt perfumowane to było... I przyznam się, że za erlgreyem akurat do tej pory nie przepadam...
A w czym się piło i pije? Kiedyś w szklance. Takiej zwykłej, prostej, najpierw na spodku a potem w metalowym koszyczku. Rodzice nigdy nie lubili kubków ceramicznych... Potem pojawiły się ukochane przez nich szklanki żaroodporne w kształcie beczułki- do plastikowego koszyczka. Z tego co pamiętam- były chyba minimalnie większe od standartowych 250 ml. W akademiku- co akurat było, głównie kubki ze stołówki ;) A potem... triumfalnie wkroczył duralex ze swoim brązowym szkłem, z którego było wszystko... Dostaliśmy na ślub dwa komplety, do tej pory używam, zmywarka, mikrofala - bez sentymentów... Trwałe jest, skubaniutkie... Tylko kubki pomaleńku się wytłukły. W sumie nawet niezbyt je lubiłam, bo dla mnie były po prostu za małe. Co to jest 200 ml płynu- do tego równo z brzegiem? Mam jeszcze kilka, służą głównie do podgrzewania mleka w mikrofali "na szybko". W czasach karmienia piersią do parzenia specjalnej herbatki używałam takiej półlitrowej filiżanki- też z duralexu. 2 torebki herbatki, torebka kopru włoskiego- i można się było napić, nie to co "naparstkowy" kubeczek... a potem odkryłam 330 ml kolorowe wysokie kubki Luminarc- mam chyba z 8 wzorów, po 2 sztuki każdego. Jak przychodzą goście, to każdy dostaje swój wzór i pilnuje ;).  A jeszcze później zakochałam się po prostu w kolorowych kubkach Pasabahce- porządna pojemność, stabilny kształt- dla mnie ideał ;) Kubek do herbaty musi być duży ;)
Ważne jest też, czym się tę herbatę zalewa. Woda- myślałby kto... W moim rodzinnym miasteczku kranówka była po prostu pyszna, zresztą wtedy nikt nie słyszał o butelkowanej wodzie i filtrach. Ale na pewno nie była chlorowana. Tym większym szokiem była dla mnie przeprowadzka do stolicy (lata 80. XX wieku). Długo się przyzwyczajałam do chloru w wodzie... Potem - z jeszcze wtedy nie- Ślubnym- mieliśmy czas oligocenki. Długo to trwało, chyba już po narodzinach Starszego, wyprowadziliśmy się ze stolicy, zamieszkaliśmy tu, gdzie mieszkamy... I znowu trzeba było szukać "sposobu na wodę". Studni oligoceńskiej nie ma, woda twarda tak, że po 5 latach trzeba wymieniać głowice w bateriach do umywalki, tak się zakamieniają. Nie oszukujmy się- herbata na takiej wodzie ma brunatny kożuch i nie smakuje najlepiej, choćby była najprzedniejszej jakości. Nie mówiąc już o tym, że ręcznie z tego osadu nie da się domyć kubków. Od kilkunastu lat używam dzbanków filtrujących. Dają radę... tylko że zamiast przepisowych czterech tygodni- filtr wytrzymuje maksimum trzy. I nie kupuję "firmówek"- są co najmniej dwukrotnie droższe, a nie przekłada się to na długość użytkowania i jakość wody. Do tej pory używałam filtrów z Rossmana- kupowane na promocji miały akceptowalną cenę. I jakość do przyjęcia, chociaż ta ostatnio bardzo spadła... Po tygodniu od wymiany na herbacie już pojawia się kożuch...  W internecie wypatrzyłam "filtry do bardzo twardej wody", na razie testuję pierwszy i jestem nawet zadowolona. Najbardziej widać wszystko na herbacie do śniadania- ot, torebka na sznurku. Od ładnych kilku lat pijamy taką No1 w zielonym opakowaniu z mostem Tower Bridge. Gratisowych łyżeczek z opakowań mam już chyba kilkadziesiąt. Ale ta ekspresówka z reklamowanego żółtego- dla mnie jest po prostu niepijalna...
Co na to wszystko dzieci?
Starszy- kawosz. Ale nie to, żeby jakiś wykwintny smak... Najlepiej rozpuszczalna, dużo cukru, dużo mleka... po studencku... Młodszy- testuje różne smaki. Mam w domu ekspres na kapsułki, dostałam w prezencie (nie pytajcie...) i to Młodszy jest jego głównym użytkownikiem. Różne rodzaje, ale mleko i cukier do środka musi też być. Ale przy tej z ekspresu, nawet kapsułkowego- rozpuszczalnej nie tknie, jak ma wybór. Herbaty też testuje. Choć zauważyłam, że gustuje raczej w tych angielskich bergamotkowych aromatyzowanych. Odkąd z wycieczki do Londynu przywiózł taką, którą można dostać i u nas- stała się jego ulubioną. Snobizm...
A herbata zielona? Wypiję, owszem, ale jak mam wybór- preferuję czarną. Choć dobra zielona też nie jest zła. Tylko... nie potrafię zaparzyć jej według zaleceń- te same liście 2 czy 3 razy. Już mi po prostu nie smakuje. Ale myślę, że jak ją pijam sporadycznie- to stać mnie na jednokrotne zalanie ;) Tak samo jak przy herbacie czarnej zaleca się po przepisowym czasie parzenia oddzielić liście od naparu. Nie robię tego, lubię garbniki, które wypłukują się później... Łyżeczka do kubka i wrzątek, bez zaparzaczy i sitek. Nawet jak mam dzbanek z sitkiem, to też go nie wyjmuję. Nie jest to "lege artis", ale tak lubię, trudno.To mi ma smakować ;)
Reszta rodziny zieloną też pija od czasu do czasu, choć ostatnio najwięcej pije jej Ślubny. Kazali mu się przestawić, że w pracy pije za dużo kawy.... Chyba zdrowsza alternatywa, choć umiar- jak wszędzie- też jest wskazany.
A susze owocowe bez grama herbaty? Herbatą nie powinny się nazywać... Odkryłam je jako alternatywę w momencie kiedy zauważyłam, że czarna herbata wypita o 21.00 wcale nie pomaga zasnąć... Wręcz przeciwnie. Na razie idę na łatwiznę- ekspresowy "herbaciany ogród" Herbapolu. Malina, malina z żurawiną, malina z cytryną i- moim zdaniem najlepsza, choć nie każdy lubi- czarna porzeczka z cytryną. U mnie w pracy twierdzą, że śmierdzi ;) Cóż, de gustibus... Za to w domu zdecydowanie tylko ta.
Na koniec- jeszcze o jednym zaskoczeniu. W sklepie z herbatą natknęłam się na mieszankę "czarna perła". Mieszanka herbaty z kakaowcem, karmelem, ziarnami kawy i małymi pastylkami białej czekolady. Połączenie co najmniej ekscentryczne... Interesowało mnie, jak się zachowa biała czekolada po zalaniu wrzątkiem, jeszcze w takiej mieszance... Zostawia tłusty kożuszek na wierzchu. Nie oszukujmy się- po pierwszym parzeniu te pastylki z białej czekolady po prostu wybrałam i wyjadłam z suchej mieszanki. Sam napar bardzo przyjemnie pachniał mieszanką kawy i czekolady. Ale to zdecydowanie herbata dla koneserów. I powtórki raczej nie będzie.




11 komentarzy:

  1. Ło matko pojedyncza! Toż Ty koneser herbaciany jesteś! Kawowy pewnie też. Ja wspominam czasy, gdy kawa była jak na lekarstwo. Kolejki po nią okrutne. Zdobywało się ją naprawdę z trudem, tyle tylko, że w tym czasie szefowałam zakładowi pralniczemu. To i różnych kombinacji się wiele robiło na zasadzie, ty mnie to, ja ci tamto! Wiem, wiem, powiesz, to jakby złodziejstwo było. Zgadza się, a kwitło najlepiej na prowincji, w małych miasteczkach. W każdym bądź razie z lubością parzyło się zwykłą zalewajkę w małej filiżance fajansowej typu"lubljana", i nie daj co, jak usłyszało się dzwonek do drzwi zwiastujący gościa! Popłoch , dopijanie kawy prawie wrzącej, a potem otwieranie drzwi i tłumaczenie gościowi, że niestety kawy nie mamy, aby poczęstować, to może herbatki zaparzyć, co?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakie zlodziejtwo... Przeciez tak sie wtedy zylo. Ja ci, ty mi... ;)

      Usuń
    2. to ja, komentarz z telefonu, nie widać kto...

      Usuń
  2. U nas w domu głównie herbata, od zawsze.. i tak mi zostało ;) Jak próbowałam napić się kawy to palpitacji serca dostałam.. Ale pamiętam i te szklanki w koszyczkach i spodki do tej pory zachowałam, przydają się przy zaparzaniu herbaty czy ziół w kubku.
    Smacznej herbaty życzę.. picia i wyjadania :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kiedy w restauracji zamawiam herbatę, to zawsze dodaję: w największym kubku jaki macie. Raz nawet pan kelner powiedział, że mi pożyczy swojego, bo w restauracji to mają tylko maleńkie filiżanki:)) Pół biedy, kiedy dają wodę w czajniczku i do tego filiżankę. częściej jednak jest tylko mała filiżanka, jakby im wody szkoda było.
    A ja waśnie dziś nabyłam po raz kolejny herbatę japońską bancha Isecha. Ma mało teiny, ale bardzo dużo garbników. Nie jest może rewelacyjnie smaczna od pierwszego łyku, ale z czasem zaczyna smakować.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jaki piękny przekrój historyczny napojów goszczących w Twoim domu zrobiłaś!
    I jeszcze ten opis kubków i szklanek - fantastycznie mi się to czytało.
    Też jestem miłośniczką herbaty, co jest dość dziwne, bo w moim domu rodzinnym wszyscy dorośli byli miłośnikami kawy, którą dostarczała prawie w ilościach hurtowych koleżanka mojej mamy która mieszkała w Paryżu.
    Dzieci piły albo herbatę, albo kawę zbożową z mlekiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :)
      Zbożowej Rodzice nie kupowali, prawdopodobnie w myśl zasady "nie czyń drugiemu..."

      Usuń
  5. A u mnie w domu piło się mleko...

    kolewoczy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mleko było, ale nie jako napój, tylko dodatek do obiadu. Jako zsiadłe- wtedy jeszcze zsiadało się "samo". Zwykłym plułam dalej, niż widziałam...

      Usuń