piątek, 25 maja 2018

30/2018


Wymyśliłam sobie urlop... Od przyszłego poniedziałku, południe Europy, leżak, parasol, drink z palemką, czytnik i ja... przez tydzień... Może jakaś jedna wycieczka krajoznawcza "pro forma", żeby odcisków od leżenia nie dostać... Choć- biorąc pod uwagę zapowiadane temperatury- pewnie Bałtyk by wystarczył...
Moja alergia szaleje, leki przestają działać... do kataru doszedł duszący kaszel... Chyba, że dołączyła się jakaś infekcja... Może zmiana klimatu dobrze mi zrobi?
Tymczasem- w zeszły poniedziałek Ślubny zwichnął sobie kolano. To obciążane przez ćwierć wieku.To uszkodzone bardziej już zostało naprawione- popsuło się drugie... Orteza, kule, leki przeciwzapalne, 2 tygodnie zwolnienia... Gdyby nie było ortezy- groził gips... Jakoś ogarniamy rzeczywistość, doktor lotu nie zabronił, boli mniej. Zaświadczenia, że można lecieć- nie potrzeba... uffff... Najwyżej nie pojedziemy na wycieczkę, będzie mus, żeby pojechać jeszcze raz ;)
Ale by było zbyt pięknie... Ślubny od przedwczoraj- biegunka, bóle brzucha, że skręca, gorączka... Zatrucie, wirus, czy podrażnienie polekowe? Tego nie wie nikt... Ślubny ma przewlekłą chorobę jelit i w jego wypadku leki przeciwzapalne to wybór "między dżumą a cholerą"... My z Młodszym w sumie objawów nie mamy... Oby nie... Dziś już jest lepiej, ale ten urlop jakoś nie chce bezstresowo nadejść...




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz