środa, 6 czerwca 2018
31/2018
Urlop, urlop... i po urlopie...
Wróciliśmy dzisiaj koło 2.nad ranem, do pracy na 13. Samolot godzinę opóźniony, gdybym wiedziała, to wzięłabym wolne i na dzisiaj... Gdyby...
Było cudownie. Maleńkie miasteczko, jak z obrazka. Temperatura niższa, niż w tym czasie w Polsce, chłodzący wiaterek... super...
I- byliśmy na wycieczce w Maroku. Dwa razy- pierwszy i ostatni. Nawet mamy pieczątki w paszportach z "wężykami". Na ulicach- sami faceci, kobiety gdzieś przemykają pod ścianami. W biały dzień w środku miasta na ulicy nie czułam się bezpiecznie. Nachalni sprzedawcy... Nawet mogłoby mnie coś zainteresować, ale wystarczyło spojrzeć na jakiś towar, żeby przez następne kilkaset metrów szli i nagabywali. Nie ta mentalność, nie odpowiada mi zupełnie. Granica hiszpańsko- marokańska nie do zapomnienia... Już zapomnieliśmy, jak to jest poza Shengen... Coś potwornego...
Poleżałam na leżaku, odrobiłam częściowo zaległości czytelnicze, o tym innym razem.
A w autokarze w drodze powrotnej na lotnisko coś mi chrupnęło w prawym kolanie tak, że zobaczyłam gwiazdki. Siadałam i poprawiałam nogę, źle ustawiłam? Nawet nie była wtedy obciążona, przesuwałam się po siedzeniu... Niech nikt mi nie mówi, że to się nie przenosi... Zaraziłam się od Ślubnego ;) Ale jeszcze teraz czuję, że coś jest nie tak...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz