piątek, 6 kwietnia 2018
21/2018
Od miesiąca (!!!) morduję- bo inaczej się tego nie da nazwać- książkę Claire Messud "Dzieci cesarza". Działa na mnie jak najlepszy środek nasenny. 2-3 strony i odlot. W tym tempie doszłam do połowy, przedłużyłam w bibliotece wypożyczenie na następne 2 tygodnie i czuję, że chyba... nie dam rady... Amerykańska obyczajówka sprzed 11.09, ale kompletnie NIC się nie dzieje, a ja nie mogę utożsamić się z bohaterami. Za młodzi? Nie nasze problemy? Dość, że nie podchodzi mi zupełnie...
Wkurzona sytuacją i zmęczona chorobą sięgnęłam po coś innego. Już chyba kiedyś pisałam, że Musierowicz i Jeżycjada to moje "guilty pleasure". I mogę czytać dziesiątki niepochlebnych opinii na forach, ale i tak przeczytam, żeby choć trochę uszczknąć tej niedzisiejszej atmosfery rodzinnej, gdzie "jeden za wszystkich..." Najnowszy tom "Ciotka zgryzotka" połknęłam wczoraj w jeden wieczór. Przyznam się- znalazłam na gryzoniu i przerobiłam internetowym konwerterem do wersji na czytnik. Dało się, a jakże, jakość więcej niż przyzwoita. Wyrzutów sumienia nie mam, bo normalną legalną wersję papierową i tak zakupię. Odnośnie lektury- przyzwoita, w sumie lepsza od dwóch ostatnich tomów. Wszystkie niedoróbki, niedorzeczności i nonsensy w postępowaniu bohaterów zostały już wypunktowane przez zagorzałych fanów w różnych miejscach, więc nie będę się powtarzać. Napiszę tylko, że szesnastolatka NIGDY nie wyrzuciłaby z rozmachem smarfona w głębokie pokrzywy, uprzednio go jeszcze wyłączając. Albo się wkurza i wyrzuca bez namysłu, albo wyłącza i to jest ten moment, że go jednak NIE wyrzuci. Kompletny brak kontroli w ciąży i niewykrycie łożyska przodującego też wydaje mi się lekko naciągany, tym bardziej, że chyba żadna porządna szkoła rodzenia nie przyjmie pacjentki bez zaświadczenia lekarskiego, że nie ma przeciwwskazań? Nie jestem w temacie... Poza tym- drażni mnie sytuacja, gdzie wyżywienie kilkunastu osób, nawet na wsi, gdzie ma się własne kury, jajka, warzywnik i sad- bierze się "znikąd". Abstrahując od ilości koniecznej włożonej pracy... Przecież mąkę i cukier do tych ton wypiekanych ciast trzeba gdzieś i za coś kupować? Płacić rachunki? Bohaterowie są jednak trochę oderwani od finansowej rzeczywistości... Wesele na wsi w niedzielę, a nie w sobotę? Może co kraj to obyczaj, jak bezalkoholowe to się robi właśnie w niedzielę?
Ten tom jest tak napisany, że w zasadzie może być ostatni... Opisowa zbiorowa scena na weselu Józinka zdecydowanie za tym przemawia, jest jakaś taka... podsumowująca... "Gdybanie", co będzie za ileś lat z główną bohaterką też nie było do tej pory na porządku dziennym... Wszystko się musi kiedyś skończyć, nawet Jeżycjada...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz