środa, 4 kwietnia 2018

19/2018



Wczorajszy dzień wycięty z życiorysu. Do pracy wcześnie rano. Potem- dotarłam do domu na autopilocie, czule objęłam kibelek... i padłam... Przyczyna- taka jak hospitalizacji 1,5 roku temu. Znów paskudne zawroty głowy, wymioty... Leżenie tylko płasko "na baczność", otwarcie oczu skutkowało mdłościami i obejmowaniem miski... Wieczorem zdecydowaliśmy ze Ślubnym, że nie jedziemy do szpitala, czekamy do rana. Tym bardziej, że w końcu zaczęła mi zostawać w żołądku wypijana woda. W szpitalu zrobiliby ze mnie jedynie poduszkę do igieł i gąbkę na kroplówki...  W diagnostyce nic nowego by przecież nie wymyślili...  We własnym domu mam od łóżka do łazienki trzy kroki po ścianie, w szpitalu dotarcie do łazienki przez pół oddziału mogłoby być problematyczne...
Poranek sporo lepszy, dotarłam (z pomocą Ślubnego) do lekarki rodzinnej bez rejestracji, wymigałam się od skierowania do szpitala. Leżące zwolnienie do poniedziałku, jakieś leki, coś nowego, mam odpoczywać... Przyczyny takich ataków jakieś tam są, ale uniknąć ich się nie da. Każdy następny na szczęście zaczyna się bardziej nagle, ale krócej trwa. Tylko potem około 2-3 tygodnie nie mogę gwałtownie ruszać głową i się schylać.
Ale przy komputerze też nie mogę długo siedzieć. Głowa dopomina się o poduszkę... jednak...

Komentarze


  • nie-okrzesana 2018/04/04 12:50:22

    Współczuję i życzę poprawy.
  • ewarub 2018/04/09 17:29:17

    Ojej, współczuję! Wiem, co to zawroty głowy, oj wiem. Moje niby od błędnika, bo przyczyny neurologiczne wykluczono. Unikam, jak ognia, sytuacji, które podejrzewam o nasilanie objawów. Lekko nie jest...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz