Żeby nie było, że się tylko stresuję pracą i okolicznościami pandemicznymi. Czasami coś tam przeczytam. Jednak są to- niestety albo stety- mało ambitne lektury.
Wczoraj w jeden wieczór pochłonęłam "Wiedźmy na tropie" Małgorzaty Kursy. Ponieważ niedawno skończyłam trzy poprzednie części ("Wiedźmy na gigancie", "Wiedźmy na wakacjach" i "Wiedźmy w opałach")- to czwarta zepchnęła na bok wszystkie inne obowiązki i lektury. Tytułowe "wiedźmy" to temperamentne pracownice agencji literackiej "Tercet". Agencja tak naprawdę wzorowana jest na rzeczywistym portalu "Książka zamiast kwiatka", a książki opisują perypetie pracownic z rodzimymi autorami i nie tylko. Potencjalne podobieństwo do postaci rzeczywistych... chyba nie do końca przypadkowe ;) Trup się ściele dosyć gęsto, przynajmniej jeden w każdej części. Ale jednocześnie fantastycznie się czyta, idealne lektury na odstresowanie. Bardzo serdecznie polecam jeszcze tej samej autorki "Nieboszczyk wędrowny, czyli śledztwo z pazurem" i "Jeszcze więcej nieboszczyków". Czytałam dawno, aż mam ochotę sobie przypomnieć. I w ogóle poczytać więcej tej autorki, bo pisze bardzo lekko, wręcz rozrywkowo, a pozycji jest sporo.
Z takich "babskich czytadeł", może nie do końca w moim przedziale wiekowym- to polecam jeszcze Katarzynę Kostołowską i jej "Czterdzieści minus", "Czterdzieści plus", "Czterdzieści i co z tego" i "Nadal czterdzieści". Współczesna historia przyjaźni czterech kobiet, które skoczyłyby za sobą w ogień, serio. Nie wiem, czy takie przyjaźnie zdarzają się w życiu czy to tylko fikcja literacka, niemniej zazdroszczę bardzo. Akcja osadzona we Wrocławiu, czasy bardzo współczesne, trochę pandemii w tle- co jednak absolutnie nie przeszkadza w lekturze.
Z moich nowych odkryć "kryminalnych"- dwa nazwiska. Mariusz Kanios- "Uczynkiem i zaniedbaniem" oraz "Karty zła". I Michał Śmielak- "Znachor", "Wnyki" i "Inkwizytor". Opisywać nie będę, zainteresowani sobie wyszukają ;). Obaj panowie mają jakąś taką "potoczystość" w pisaniu, że ciężko oderwać się od lektury. Zakończenia czasem trochę za bardzo wydumane, ale absolutnie nie rzutują na odbiór całości. Polecam oczywiście.
I jeszcze jedna lektura, o której muszę wspomnieć. Czytałam ją jeszcze w październiku na leżaku. Na fali zachwytu nad "Gambitem królowej" gdzieś w komentarzach do jakiejś recenzji rzucił mi się tytuł "Zapach miasta po burzy" Olgierda Świerzewskiego. Autor nieznany kompletnie, biorąc się za lekturę wiedziałam tylko, że będzie też o szachach i szachistach w Związku Radzieckim. Pozwólcie, że zacytuję opis z "Lubimy czytać":
„Zapach miasta po burzy” to porywająca historia miłości z upadającym imperium w tle. Dobro i zło w potyczce na zatracenie. Wielka historia rodem z Tołstoja i ciemna strona rosyjskiej natury jak u Dostojewskiego. Pełna pasji i szaleństwa powieść, jakiej dawno nie było. Trzeba nie lada bezczelności, żeby bez najmniejszego skrępowania, jak robi to Olgierd Świerzewski, sięgać pełnymi garściami z żywiołu romansu i mieszać go ze skrajnymi emocjami wyrachowanych szachów. I co najdziwniejsze ulegamy całkowicie tej bezczelności, od pierwszego do ostatniego zdania. Od pierwszego ruchu pionkiem po śmierć lub miłosne spełnienie. Ta książka udowadnia, że między szczytem a otchłanią biegnie jedynie cienka linia. Dwóch rywalizujących sportowców i fascynująca kobieta, ich losy wpisane w czas dziejowych przemian, w polityczne rozgrywki i świat wielkiej polityki. Nie ma prostych schematów ani bohaterów wyłącznie dobrych lub złych. Ich dojrzewanie, wybory i dylematy napiętnowane są przez dramatyczne wydarzenia w chylącym się ku upadkowi Związku Radzieckim i szukającej swojej nowej tożsamości Rosji. Bohaterom nie udaje się uciec od polityki, która wpływa na ich los. Kogo doprowadzi do upadku, komu pozwoli się wybić? Jaki wpływ na życie każdego z nich będzie miała dziewczynka z niewielkiego miasta nad Wołgą? Kocham zapach miasta po burzy – mówi jedna z bohaterek – Katia Sawiczewa. – Wszystko jest wówczas takie świeże, oczyszczone, obmyte z grzechu. To daje nadzieję... Wciągam ten zapach i chcę zaczynać wszystko od nowa. Wierzę wówczas, że dostaję nową szansę. „Zapach miasta po burzy” wypełniają emocje, które na długo pozostają w pamięci czytelnika.
I to wszystko "najprawdziwsza prawda". Chociaż książka momentami wlecze się "jak flaki z olejem", jest nierówna- to jednak nieodkładalna. Ma w sobie to nieuchwytne "coś", tę - ja wiem?- rosyjską duszę? Atmosferę? I mam wrażenie, że postacie głównych bohaterów- szachistów były wzorowane na postaciach rzeczywistych. Karpow i Kasparow? Nie wiem, czy kochali jedną kobietę, ale historia w książce opowiedziana jest fantastycznie i zostaje na długo. I ostrzegam- po tej książce miałam "kaca czytelniczego", bo później nic mi się nie podobało.
A teraz- zupełnie inna półka. Marcin Kydryński i "Muzyka moich ulic- Lizbona". Na razie początek... Bardzo osobisty i bardzo nostalgiczny przewodnik po mieście, w którym nigdy nie byłam, a do którego bardzo chciałabym pojechać. Chociaż na pierwszym miejscu do odwiedzenia i tak nieustannie od lat jest Barcelona...
Dzięki za polecajki, warto wiedzieć, bo w tym morzu nowości można utonąć, polecam film Netflixa OSZUKANA
OdpowiedzUsuńM. Kursy czytałam chyba tylko "Teściową oddam od zaraz" i bardzo przypadła mi do gustu. Także chętnie sięgnę po kolejne jej książki. A i babskie czytadła lubię więc polecenia wpisuję na listę :)
OdpowiedzUsuńZaciekawiłaś mnie. Kilka pozycji wskakuję na moją listę "chcę przeczytać". :)
OdpowiedzUsuń