czwartek, 25 listopada 2021

36/2021

Uzupełnienie wpisu 34...

Wczoraj tuż przed pracą- telefon od teściowej. Bo jej brat z żoną (oboje po 60tce), przeziębili się, gorączkują i od kilku dni nic się nie poprawia... I co oni mają wziąć, żeby im przeszło. Bo oni są oboje zaszczepieni i to na pewno nie jest covid...

I wszystko mi opadło... Szczepienie niestety nie wyklucza zakażenia. Nakazałam telefoniczny kontakt z lekarzem rodzinnym, bezwzględne zrobienie testu i dopiero potem "gdybanie". W zależności od wyniku- jak negatywny, to do przychodni na osłuchanie i ewentualny antybiotyk. A jak pozytywny, to i tak muszą być pod jakąś tam kontrolą, nawet telefoniczną. I przynajmniej wiedzą, na czym stoją. Co zrobili- nie wiem, aż tak blisko z nimi nie jestem. A do teściowej dzwonić nie będę.

A potem się okazało, że mieli kontakt ze swoją niezaszczepioną córką, która też była "przeziębiona" i u której zakażenie już jest potwierdzone. Więc... prawdopodobieństwo duże, niestety....

Ludzie z nawet ewidentnymi objawami covidu- wysoką gorączką, kaszlem, dusznościami-  nie chcą skierowań na testy. Bo kwarantanna. Bo kto zrobi zakupy. Bo praca. Bo nie można wyjść z domu. A jak się polepszy, to pójdzie na zakupy za trzy dni, a nie za 10. 

I ile osób wtedy zarazi? O ile w ogóle "się polepszy", a nie wyląduje w szpitalu...


3 komentarze:

  1. .. bo zakażonych się nie leczy.... Tylko tymi torebeczkami z apteki i witaminą D.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zastanawiam się, czy to taka nasza polska specyfika, czy inne narody też tak mają?

    OdpowiedzUsuń
  3. No właśnie, tez się zastanawiam, czy tylko my, Polacy tak mamy, ze próbujemy zaklinać rzeczywistość?
    Z drugiej strony, sanepid i lekarze w przychodni różnie reagują, człowiek sam szuka ratunku...

    OdpowiedzUsuń