Wszyscy mamy już dosyć pandemii. Ale franca jest nieprzewidywalna.
Przed naszym urlopem, jeszcze we wrześniu, mój brat strasznie nalegał na spotkanie. Bo nie widzieliśmy się tak na dłużej... z 1,5 roku? Tak spotkać się, pogadać. Wszyscy zaszczepieni (za wyjątkiem bratanic, ale dzieci 7 i 10 lat nie szczepią). I spotkanie już prawie, prawie doszło do skutku, tydzień przed naszym wylotem, wszystkim pasował termin i w ogóle wszystko dograne. Tylko coś mnie tknęło...
- Wiesz co? Lepiej spotkajmy się po naszym powrocie. Dziewczyny chodzą do szkoły, nie wiadomo, co mogą z niej przywlec, a my naprawdę bardzo chcemy lecieć na ten urlop... Spotkamy się potem, pooglądamy zdjęcia. A i tak przyjedziecie na 1.11.
Polecieliśmy na urlop, "apogeum" wypoczynku, koniec pierwszego tygodnia, dostaję wiadomość:
"Miałaś nosa, żeby się nie spotykać, domyśl się dlaczego".
Ale jak to? U dziewczyn w klasach ktoś chory i one na kwarantannie? Ale jak rodzice zaszczepieni, to ich kwarantanna chyba nie dotyczy... Dzwonię...
- A nie, wiesz, trzy dni temu straciliśmy z M. węch i smak, starsza w sumie też. I wyprosiliśmy skierowanie na PCR-y dla wszystkich. I tylko młodsza wyszła negatywna...
A najprawdopodobniej od niej się zaczęło, bo w terminie naszego wcześniejszego potencjalnego spotkania- miała katar. Tylko. I to nie jakiś straszny, posiedziała dzień w domu, następnego dnia miało być coś ciekawego w szkole, więc poszła. Kto siedmiolatkowi z katarem robi test? Komu przyszłoby nawet do głowy podejrzenie, że to "to"? Jak rodzice stracili węch i smak- tak starsza dwa dni gorączki do 38'. I tyle. I koniec objawów u wszystkich. A młodsza- zdrowa jak ryba. 2 testy ujemne, drugi zrobiony po izolacji reszty rodziny, żeby nie przedłużać kwarantanny.
I z mojego podwórka. Znajoma nauczycielka, tuż przed trzecią dawką szczepienia. Załapała dość silne przeziębienie z kaszlem, lekarza coś tknęło i wysłał ją na test. Oczywiście wyszedł pozytywny. A jej mąż, też zaszczepiony i teoretycznie zdrów jak ryba- z jednego gospodarstwa domowego- kursował po mieście po leki i zakupy. Pytanie- czy i ile wirusa rozniósł jako bezobjawowy nosiciel? Dla mnie bzdurą jest automatyczne nienakładanie kwarantanny na zaszczepionych bezobjawowych współdomowników bez jakiegokolwiek testu sprawdzającego...
W ogóle mam taką teorię, że- niezależnie od szczepienia- tę francę absolutnie każdy musi przechorować...
Na koniec wisienka na torcie. Młodszy używa życia studenckiego, do domu ściąga raz na dwa tygodnie, Starszy jeszcze rzadziej. Teraz już ich nie było ponad dwa tygodnie, wieczorem w niedzielę telefon od Młodego. Że w czwartek 11.11 był na jakiejś imprezie, a w sobotę wieczorem dostał wiadomość, że jednej z koleżanek z tej imprezy wyszedł pozytywny test. Czy była zaszczepiona- nie wiadomo, Młody się szczepił jednodawkową w czerwcu. Tak, że... czekamy na rozwój wypadków.
Mnie od czterech dni popołudniami boli głowa. Ale tak, że czuję, jak mi się mózg obija o czaszkę. Bez tabletek nie żyję. Zrzucam to na karb pogody, mgły, smogu, jesieni i ogólnego zmęczenia. Wolę nie myśleć, że to znów może być to...
Oooo, jaka znana mi historia :D
OdpowiedzUsuńRok temu zmarł mój teść. Żadnej stypy nie było - covid, ograniczenia - więc szwagier, mieszkający z owdowiałą mamusią, nota bene wysoki urzędnik sanepidu, zarządził uroczysty obiad w restauracji przed rocznicową mszą. W piątek.
Mimo moich oporów - zjadą się ludzie z pół Polski, obiad doszedł do skutku. Byliśmy z mężem, nie chcąc urazić mamusi. Przebiegł w miłej atmosferze, nikt nie zawracał sobie głowy dystansem i maseczkami, całuski, uściski....
W niedzielę mój mąż 38 stopni gorączki. W poniedziałek wymaz, pozytywny, izolacja. Ja oczywiście nie, bom zaszczepiona (on też). Tyle tylko, że oboje pracujemy w szkole- ja mam zajęcia rewalidacyjne z dziećmi z zespołem Downa, po białaczce.... Przecież na bank zakażam! Zadzwoniłam, doktor się przejął, zrobił wymaz - negatywny. Pocieszył mnie, ze to jest test na przeciwciała, pewnie ich jeszcze nie mam i wysłał do końca tygodnia na zwolnienie.
Od wtorku mam wszystkie objawy covid, identycznie jak mąż. Nie idę na wymaz, bo zamkną mnie na 10 dni,a ty w domu 2 psy. Siedzę więc na zwolnieniu, siedzimy razem, ja na legalu przemykam wczesnym rankiem i popołudniem wyprowadzić psy, mąż na nielegalu wyprowadza je nocą. Mieszkamy na wsi, poinformowaliśmy wszystkich, co i jak. Zwykle nie ma żywej duszy, ale jakby coś.... to mijamy się szerokim lukiem :D
Brak izolacji dla domowników serio uważam za głupotę. Nie każdy ma zaprzyjaźnionego dyrektora....
A mnie wkurza z jednej strony nieprzewidywalność wirusa, a co za tym idzie chaos informacyjny (maseczki raz chronią, raz nie, szczepionki- dwie dawki, trzecia dawka, chronią przed zachorowaniem potem tylko ciężkim przebiegiem, a wychodzi na to że jednak wcale nie chronią, leki takie i owakie), a z drugiej beztroska ludzka. Zero logiki. Ale może u Ciebie to nie to, za duża kumulacja byłaby
OdpowiedzUsuńNo masz! Nic nas nie uratuje poza własnym zdrowym rozsądkiem. Ból głowy przepotworny miałam po pierwszej dawce szczepionki, po drugiej już nie. Oby nie ta franca znów Cię męczyła!
OdpowiedzUsuńI tak to wygląda wszędzie, nie ma dnia, żeby w szkole ktoś nie zachorował, a kontakt mam z wieloma uczniami i nauczycielami.
OdpowiedzUsuńDla mnie nie posyłanie na kwarantannę zaszczepionych tez jest bez sensu, bo roznoszą wirusa, jak inne zarazki.
Urzędy częściowo zamknięte, porady na telefon, a szkoły jak zwykle, nawet wywiadówki się odbywają.
Jestem po trzecim szczepieniu, ale nie czuje się bezpieczna, a wnuka to nie wiem kiedy przytulę!
Obawiam się, że teraz wirus ma wolną rękę, zero zasad, w szkole totalny bezsens, oboje rodzice chorzy, ale dzieci już nietestowane.
OdpowiedzUsuń