Czas akcji: piątkowy wieczór, jest po 20. Miejsce akcji: apteka.
Wchodzi para. On- kredowoblady, podaje mi plik recept. "Ze świata"- nefrologia i transplantologia z Poznania. Leków różnych mnóstwo... Zerkam na Pesel z ciekawości- facet 6 lat młodszy ode mnie...
- Ale wie pan, tak z połowy z tego co tutaj ma pan napisane- to nie będę miała na stanie. Mogą być na jutro (czyli na dziś- sobota), koło 8.30 rano...
- Powinienem wziąć dziś, najbardziej zależy mi na tych... (szlag! różne leki przeciwko odrzuceniu przeszczepu, wszystko bez pomyślunku wypisane na jednej recepcie), ale jak pani mówi, że będą na rano- to może mi się nic nie stanie...
Pracuję na podglądzie bieżącej oferty hurtowni, sprawdziłam- wszystko było...
- To niech pan chwilę poczeka, puszczę od razu elektroniczne zamówienie, przyjdzie potwierdzenie, że będą na pewno...
Przyszło... że jeden będzie, a trzy pozostałe nie... Wkurzona na maksa dzwonię na infolinię hurtowni... i dowiaduję się, że te trzy pozostałe to są jednego producenta, że trzeba do przedstawiciela firmy napisać maila i dopiero hurtownia po akceptacji firmy może te leki "zdjąć z półki" i rozpisać na naszą aptekę. Przypominam: jest piątek wieczór. Przedstawicielstwa firm farmaceutycznych akceptujące maile nie parają się pracą po godz. 16. i w weekendy. A akurat ta firma dodatkowo słynie z opieszałości w realizacji zamówień. W najlepszym przypadku lek byłby na wtorek rano, a dużo bardziej prawdopodobne, że bliżej czwartku. SZLAG JASNY BY TO TRAFIŁ!!! Myślałam, że się po prostu rozbeczę ze złości jak mała dziewczynka... No żesz k...m...!!!
Facet zabrał recepty i poszedł... Miał szukać w Warszawie... Czy jeszcze wczoraj, czy już dzisiaj- tego nie wiem...
Kilka przemyśleń. Po pierwsze- kto wypuszcza pacjenta ze świeżutkim przeszczepem do domu na weekend bez zabezpieczenia w leki przeciw odrzutowi przynajmniej na 1 następny dzień? Ale cóż... szpitale kliniczne to taśmy, zrobiliśmy jedno, następny proszę... Po drugie- tak ciężko powiedzieć- z tym lekiem może pan mieć problem, proszę pójść do apteki blisko szpitala, bo wiedzą, że my to piszemy i pewnie będą mieli? Dla wszystkich- szanse zdobycia bardzo specjalistycznych leków w akceptowalnych cenach znacznie rosną w dużych aptekach blisko szpitali klinicznych lub oddziałów specjalistycznych. Bo tam wiedzą, że ten profesor to lubi pisać lek X, a ten profesor to pisze Y, a klinka robi przeszczepy nerek i ostatnio przeciwko odrzuceniu to piszą A, B, i C, musimy to mieć na stanie i na tym zarobimy...
A mała prowincjonalna apteka w mojej pipidówce to recepty na takie leki widzi raz na rok, albo rzadziej... A ponieważ są to rzeczy kosztowne- to nikt w takiej małej mieścince nie trzyma ich "na zapas". Bo prawie na pewno się przeterminują... Zamawia się "pod receptę". Dopóki nie zdarzy się sytuacja z wczoraj... Mam nadzieję, że pacjent znalazł te leki gdzieś w Warszawie... Jeszcze parę lat temu były apteki, które starały się mieć wszystko, co jest dostępne na rynku...
I może nie wkurzyłabym się tak, gdyby tego leku po prostu w hurtowni nie było. Powiedziałabym, że nie ma, niedostępny, nieosiągalny, proszę szukać, pytać w specjalistycznych aptekach... Bo takich braków, jakie są w tej chwili na rynku- nie pamiętam... Co roku w wakacje myślę, że gorzej być nie może... Po czym przychodzą następne wakacje... W tej chwili najbardziej bolesne braki dotyczą leków podstawowych- hormonów tarczycy, doustnych leków przeciwcukrzycowych o niskich i średnich dawkach o przedłużonym działaniu, niektórych leków na ciśnienie... Firmy tłumaczą się wydłużeniem procesu produkcji związanego z obowiązkiem serializacji, który obowiązuje od 8.02. Na niektórych opakowaniach już się pojawiły kody 2D, takie kwadratowe. Docelowo mają być na wszystkich opakowaniach. My- wydając lek- mamy obowiązek zeskanować KAŻDY taki kod. Nie ma, że jak ktoś kupuje 4 op z jednej dostawy i serii, to skanujemy 1 i piszemy, że x4. Każdy musi być zeskanowany. Europejska dyrektywa antyfałszywkowa... Moim zdaniem takie skanowanie powinno się odbywać na etapie hurtowni, ale... aptekarz przełknie i zrobi wszystko, tylko jak w tym starym dowcipie zapyta- na kiedy?
A procedura zamówień z akceptacją przedstawiciela firmy jest mi oczywiście znana... Takie leki mają w Polsce wynegocjowane stosunkowo niskie (w porównaniu do rynków zagranicznych) ceny urzędowe. Co nie znaczy, że te leki są tanie, po prostu NFZ negocjuje z firmami, aby jak najmniej dopłacić w refundacji. Ale z granicą taki lek potrafi kosztować i 5x tyle, niż u nas. Więc skupuje się leki w Polsce po polskiej cenie urzędowej, wywozi za granicę i sprzedaje 5x drożej. A leków w Polsce brakuje...To jest tzw. "odwrócony łańcuch dystrybucji", patologia, z którą kolejne ministerstwa usiłują bezskutecznie walczyć od lat. I te zamówienia "z akceptacją" mają temu procederowi przeciwdziałać. Ale w tym momencie utrudniony jest dostęp do leku dla detalisty, a hurtownik i tak zrobi swoje. A najbardziej cierpi pacjent, który nie może dostać leku ratującego życie. Nóż się w kieszeni otwiera, wczoraj naprawdę rzuciłam parę długich i krótkich ze złości.
Przez takie sytuacje jak wczorajsza coraz bardziej odechciewa mi się pracy w zawodzie... Tylko- na co mogę się przekwalifikować 10 lat przed emeryturą? Chyba mogłabym jedynie zostać etatowym czytaczem książek...
Też bym mogła i chciała. A na wieść o niedostępności tego rodzaju leków, aż mnie ciarki przechodzą. Ja w Twoim zawodzie to bym przez to spać po nocach nie mogła. Bezsilność jest cholernie wkurzająca.
OdpowiedzUsuńNajważniejszy jest rachunek ekonomiczny, jak widać. A człowiek? A kto by się nim przejmował? Leki w spożywczym, w kiosku, a potem piszą, że mnożą się lekomani. A leku ratującego zycie nie ma, bo się na nim nie zarabia. Koszmar. I wcale nie dziwię się Twojej frustracji, bo chciałabyś pracować zgodnie z zasadami etyki, ale nie da się...
OdpowiedzUsuńDramatyczna sytuacja. Ciarki chodzą po krzyżu, gdy się o tym czyta.
OdpowiedzUsuńWydaje mi się, że największy błąd popełniają tu lekarze wpisujący pacjenta ze szpitala. Ważne jest dokładne poinformowanie pacjenta, co ma robić po wyjściu. Zapewne nie ma na to czasu.
OdpowiedzUsuńMój tata trafił do szpitala. Po kilku dniach doprowadzono go do stanu "stabilnego" i wypuszczony do domu. W domu tata przeczytał diagnozę "rak" i załamał się. Dzięki znajomym i znajomości przypadku szybko uzyskali pomoc i informację, co dalej. Koniec końców okazało się, że nie był to rak.
Z czytania książek jeszcze nikt nie wyżył...
OdpowiedzUsuńA co można zmienić na 3 lata przed emeryturą, gdy sens pracy przestał być widoczny?
Zrobiłaś wszystko co mogłaś w tamtej chwili zrobić. Pewnie to żadne pocieszenie, ale próbowałam.
OdpowiedzUsuńTeż chętnie byłabym taką czytaczką książek i oglądaczką filmów
Czasem nawet najlepsze chęci pomocy komuś nic nie pomogą, powinien dostać zapas leków na kilka dni.
OdpowiedzUsuńAż strach pomyśleć, co może się stać, jak będę potrzebować jakiegoś niedostępnego leku...
OdpowiedzUsuń