Burza nadeszła, zostawiła trochę spustoszeń, przewiała brudy z kątów... i odeszła... Trąby powietrznej nie było.
Bomba wybuchła w piątek tuż przed moim wyjściem z pracy, zagroziłam odejściem ze skutkiem natychmiastowym, w odpowiedzi usłyszałam: "Pani mnie nie będzie szantażować!" Krzyki, wk.rw po obu stronach... Tia...
Więc w sobotę stawiłam się z pracy z czarną teczką i poprosiłam o potwierdzenie wpłynięcia dokumentów. Od 18.12. nie stawiam się w pracy. I poinformowałam, że może zaakceptować, lub nie, nie przychodzę bez usprawiedliwienia i daje mi dyscyplinarkę.
Usłyszałam wypowiedziane bardzo miłym i spokojnym głosem "może porozmawiamy?" Zamknięte drzwi do gabinetu, rozmowa, dosłownie "ale niech sobie pani jaj nie robi, ja sobie bez pani NIE DAM RADY, dlaczego mi pani nie powiedziała wcześniej, co pani źle tu jest, za mało pani zarabia?"
W odpowiedzi wywaliłam wszystko, co mi leżało na wątrobie, doprecyzowałam oczekiwania, dotyczące umowy, finansów, remanentu, organizacji pracy... ekstremalnie jadąc po bandzie i wiedząc, że wszystkiego nie ugram... Na wszelki wypadek, żeby było z czego zejść... Dostałam... 95% oczekiwań finansowych (czyli prawie maxa dla magistra w mieście) i obietnicę pewnego zapisu w umowie dotyczącego odpowiedzialności remanentowej, na którym mi bardzo zależało. Nie udało mi się tylko ugrać dorocznej oficjalnej waloryzacji pensji o wskaźnik inflacji GUS. Ale myślę, że na to mało kto by poszedł... I dołożyłam sobie roboty, bo przejęłam kontrolę nad szykowaniem zwrotów, blokowaniem ich w systemie i fakturami korygującymi. Szefowa ma się do tego absolutnie nie dotykać. Ale na tym była co najmniej połowa rozjechanych stanów na remanencie. Zobaczymy... + dodatkowy remanent kontrolny w maju- czerwcu, kiedy magazyn jest mały. W sumie bardziej dla sprawdzenia nowo funkcjonującej rzeczywistości...
W sumie nie myślałam, że szefowa aż tak ochoczo skorzysta z furtki, którą jej zostawiłam... Po prostu- wyłożyłam karty na stół, powiedziałam "sprawdzam"- i okazało się, że to ja mam mocniejsze karty. Nawet jeśli są one formatu A4 i zawierają wypowiedzenie... Może nie myślała, że skoro powiedziałam a...- to powiem również b... i c...
I mimo całej tej awantury atmosfera w pracy na linii szefowa- ja- jest nawet znośna ;) Szkoda tylko, że musiałam użyć tak drastycznego argumentu, żeby w ogóle porozmawiać. Z jednej strony- nie chciałam odchodzić, to była ostateczność. Po prawie 15 latach pracy w tym miejscu i przekroczeniu 50-ki - aklimatyzacja gdziekolwiek mogłaby być trudna. Ale takie stawianie sprawy na ostrzu noża to ZDECYDOWANIE NIE JEST mój sposób rozwiązywania konfliktów. Po czymś takim zawsze pozostaje niesmak...
Tylko od dwóch dni nie mogę dodzwonić się do Koleżanki, która mnie w tym bardzo wspierała... która poinformowała mnie, że praca czeka... Mam nadzieję, że się nie obraziła, bo też pewnie coś musiała odkręcać przed swoim szefem... że to tylko wina zalatanego przedświątecznego czasu.
I Wam wszystkim bardzo serdecznie dziękuję za wspierające komentarze. Miło wiedzieć, że kibicują nieznane- ale jednak znajome Osoby, które dobrze życzą.
Raczej się tutaj szybko nie pojawię- więc dla Wszystkich Zaglądających - Spokojnych, Zdrowych i Radosnych Świąt!
Komentarze
-
aga-joz 2017/12/19 11:14:19
Uff! To przynajmniej teraz będziesz miała kilka dni spokoju. A potem oby też on był i szefowej dało trochę do myślenia i nie wróciła do dawnych nawyków. Powodzenia i Wesołych Świąt
-
nie-okrzesana 2017/12/19 13:15:56
Super! Gratuluję i zazdroszczę. Ja jestem w trakcie burzy. Co tam burzy, huraganu o największym natężeniu a przede mną wielka niewiadoma.
-
krwawasiekiera 2017/12/19 18:52:01
Świetnie! Bardzo się cieszę, że warto było zaryzykować:) I że wszystko się ułożyło. Spokojnych świąt!
-
kobietawbarwachjesieni 2018/01/01 23:04:33
Okazuje się, że warto o swoje walczyć. Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz