Wczoraj w pracy druga zmiana dłużyła mi się przeokrutnie... Ludzi full, ale nie tak, że stali w kolejce... Wymieniali się... na schodkach przed apteką. Ani chwilki przysiąść, ani do toalety skoczyć, ani herbaty zrobić... I przeważnie odręczne drobiazgi, typu kompresy, sól fizjologiczna albo pojemniki na mocz. Nabiegałam się, utarg żaden... Bywa... Wróciłam i padłam o 22. Za to o 7. rano obudził mnie potworny ból głowy. Kuchnia "na azymut", kanapka, tabletka przeciwbólowa, dużo wody, na herbatę nie miałam siły czekać... Sąsiedzi, tłukący schabowe o 7.30 w niedzielę. Spać nie mogli czy co? Za to jak już mi się udało przysnąć, to obudziłam się o 11.45. W sumie dzień z głowy, ale może to mi było potrzebne?
Organizm sam domaga się swoich praw, to tylko nam się czasami wydaje, że jesteśmy niezniszczalne...
OdpowiedzUsuńjotka
no więc uważam, że było ci to potrzebne.
OdpowiedzUsuńTeatralna
Czasem organizm sam się upomina o sen i nie poradzisz :) Szczególnie po długiej pracowitej zmianie w pracy.
OdpowiedzUsuńKasinyswiat