Nie ma to, jak kupić sobie prezent. Może być, że z okazji walentynek.
Potrzebowałam... wałka do ciasta. Czasem - choć rzadko- robię pierogi (za to jak już się wezmę, to 100-150). Bez wałka się nie da. Poprzedni, drewniany, z czasów jeszcze panieńskich albo wczesnomałżeńskich- zaczynał się rozpadać w trakcie użytkowania.
Wypatrzyłam, zamówiłam.
W obliczu takiego "argumentu" Ślubny stwierdził, że boi się ze mną zadzierać. Bo mam idealny przyrząd do definitywnego rozwiązywania konfliktów małżeńskich.
Wałek jest... kamienny, chyba granitowy? Nie wiem, paczka jeszcze nie przyszła. Raczej będzie ciężki. Ciekawe, jak się będzie sprawdzał? Oczywiście w charakterze, do którego był pierwotnie przeznaczony. Bo teraz żaden facet w domu mi nie podskoczy. Howgh!
Daj znać jak się sprawdził. U mnie z ilością pierogów jest podobnie. Zastanawiam się, czy ten wałek naprawdę ułatwi pracę. Słyszałam, że jest idealny do kruchych ciasteczek, szczególnie wcześniej schłodzony.
OdpowiedzUsuńim wałek cięższy tym lepszy, i nie mam na myśli przemocy ;)
OdpowiedzUsuńMoże marmurowy? Mam od trzech lat, sprawdza się przy dużych arkuszach ciasta, do mniejszych kawałków nadal używam małego drewnianego z zestawu zabawkowego od wnuczki:)
OdpowiedzUsuńPodobno ma być ciężki...
OdpowiedzUsuńCiekawe jakby się poczuł mąż, gdybyś kupiła książkę "trucizny w kuchni"?