piątek, 3 maja 2019
33/2019
Parę (duże parę...) słów na temat wspomnianego wcześniej tornado i tsunami w pracy.
Nienawidzę poczucia, że nic ode mnie nie zależy. Że nie mam wpływu na to, jak będę pracować, że ktoś mi dyktuje warunki. Że mój urlop staje pod znakiem zapytania. Oczywiście- umawiamy się krótkoterminowo i długoterminowo i zawsze się może coś wydarzyć, co zniweczy misterne plany. Ale to, co się stało- to już wyższa szkoła złośliwości losu...
Najpierw rys historyczny (znowu). Jak przynudzam, proszę nie czytać. Paręnaście lat temu pracowało nas więcej... dużo, dużo więcej... Po czym ogólne warunki topografii aptek w naszej miejscowości się zmieniły, aptek przybyło, klientów ubyło... i pracowników też. Od jakiegoś czasu zostałyśmy we dwie z szefową jako personel magisterski plus techniczka S. plus pomoc apteczna 2-3 razy w tygodniu. Dawałyśmy radę. S- obecnie w przedziale wiekowym 35-40. Z charakteru furiatka, ale dla każdego klienta zawsze do przesady uprzejma, tak bez wazeliny... Przyznam się, że jej nie lubię i nigdy nie lubiłam, ale nie ode mnie zależało, kogo w newralgicznym momencie szefowa miała zwolnić. S została, jakoś się dogadywałyśmy, bo musiałyśmy. Bywało, że ustępowałam... Furiatowi z drogi trzeba zejść. Bywa, że S kłamie, jak coś się zepsuje- to nigdy nie ona. Odpowiada za recepturę i jej stan techniczny. Teraz musiałam się tym zainteresować- nie wiem, jak pracowała, bo niebardzo jest na czym... Oddając sprawiedliwość- S jest pracowita, wszystko co miała zrobić- było zrobione. Inna sprawa - jak i w jaki sposób... Mieszka 5 km od miasta, odkąd tylko mróz odpuszcza- deszcz, wiatr- dojeżdża na rowerze. Ze skąpstwa, bo jej szkoda kasy na paliwo. Kiedy kończy pracę dajmy na to trzy godziny wcześniej niż mąż, a akurat nie przyjechała rowerem- nie pójdzie do męża po kluczyki, nie pojedzie tych 5 km do domu i nie przyjedzie za te 3 godziny po męża. Czeka, chodząc po sklepach, czasem w samochodzie (!!!- TAK!!! sama widziałam...). Potrafi na rowerze objeżdżać miasto w poszukiwaniu o 10 groszy tańszego chleba i przecenionych jogurtów na granicy terminu przydatności do spożycia. Nigdy nie widziałam jej jedzącej porządną kanapkę. Zawsze sucha bułka albo ten jogurt albo serek na granicy terminu... Skrajna oszczędność- czy już skąpstwo? Efekty ma, bo w ciągu 10 lat zdążyła ze swojej pensji i z pensji męża na państwowej posadzie- kupić działkę i od zera wybudować i wykończyć dom. Nie, nie zazdroszczę... Dziwny człowiek... Od września zeszłego roku dorabiała sobie jako nauczycielka chemii, bo takie studia ma skończone... Plus pewnie jakieś kursy pedagogiczne, bo nie wiem, czy ktoś by ją przyjął do pracy w szkole bez jakiegokolwiek wykształcenia w tym kierunku. Nawet, jeśli to był podwójny rocznik i brakowało nauczyciela... Fakt nie bez znaczenia dla dalszego rozwoju sytuacji.
S ma dziecko. Jedno, w tej chwili chyba dwunastolatek. I "od zawsze" zarzekała się, że drugiego dziecka mieć nie będzie, bo jej nie stać. I nie będzie mieć drugiego dziecka, bo jej rodzice nie żyją i nie miałaby go z kim zostawić. Nie będzie i kropka.
Nie będzie... I dwa tygodnie temu po południu zadzwoniła do szefowej, że była u lekarza i ma zwolnienie, bo... jest w ciąży... Zwolnienie na razie do 2.maja. Do tej pory się nie odezwała, co dalej...
Wpadka? Czy raczej misternie zaplanowane postępowanie- bo z dwóch etatów 100% zasiłku chorobowego "na ciążę"- to całkiem pokaźna suma? Już sama nie wiem... Ilość kłamstw, na których wcześniej czy później przyłapano S przez 10 lat wspólnej pracy sugeruje, że- niestety- to drugie...
Może źle dziewczynę oceniam. Może na moją ocenę rzutuje fakt, że jej nie lubię, a pracuję z nią- bo muszę? Ale- inaczej planuje się pracę, urlop, postępowanie, życie- mając z tyłu głowy to, że S nie powiedziała "nie" w kwestii kolejnego dziecka. Ale ona niepytana, nienagabywana przez nikogo, sama z siebie mówiła, że rozmnażać się już nie zamierza... Więc z szefową byłyśmy spokojne... A S nagle i bez ostrzeżenia wyrwała nas ze strefy komfortu...
Mam zaplanowane dwa urlopy, jeden na przełomie maja i czerwca- bardzo newralgicznie, ale po rozmowie z szefową- mam iść. Chyba nie chce zwracać mi pieniędzy za rezerwację... Ale urlop we wrześniu- duży znak zapytania. Do tego wyjazd szefowej na początku lipca na tydzień- też już zaklepany na 100%. I szefowa chciała gdzieś dalej wyjechać na dwa tygodnie w sierpniu... Jeszcze nic nie zamówiła, ale jest zła jak osa... Wszystkie plany konsultowane z S, też miała dużą swobodę w wyborze "swoich" terminów urlopowych, wszystko było z nią omawiane i na wszystko się zgadzała... A może w duchu się śmiała, że my sobie z szefową możemy planować... A ona i tak zrobi swoje...
Szefowa wczoraj była wkurzona na maksa... Bo nie wie, czy ma kogoś szukać na zastępstwo już natychmiast - czy nie... S się miała odezwać... Nie zrobiła tego, w sumie ma czas do poniedziałku... I co- w poniedziałek jak gdyby nigdy nic przyjdzie do pracy, a po trzech dniach czy dwóch tygodniach- stwierdzi, że nie daje rady i idzie na zwolnienie? Szukać chyba i tak trzeba... Inaczej wszystkie plany urlopowe wezmą w łeb... I zajeździmy się z szefową na maksa tylko we dwie... Teraz jest jako tako- ale przyjdzie jakaś grypa i padniemy... Bo w najlepszym razie S zniknie na co najmniej półtora roku, jeśli nie dłużej... A potem- kogo zwolnić? Nie wyobrażam sobie powrotu S do pracy i rozstawiania grafiku "pod nią" bo nie ma z kim zostawić dziecka, a nie zatrudni opiekunki, "bo jej nie stać"... I wszystkie poranki MUSZĄ absolutnie być jej...
Ale to gdybanie na odległą przyszłość... Może się coś wyjaśni... Nie cierpię takiego czekania w zawieszeniu...
*****************************************
W tym kontekście jakoś kompletnie przestałam się przejmować maturą Młodszego. Dorosły jest, to jego życie... Jak napisze- taki będzie miał start...
A to już w poniedziałek...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Oj, dobrze znam ten stan chaosu i niepewności w pracy. Tym bardziej boli, że Ty starasz się być w porządku.
OdpowiedzUsuńZa maturzystę trzymam kciuki
W tym kontekście chwalę sobie swoją pracę. Bo o urlopie nie zaplanowanym w poprzednim roku w listopadzie nawet pomarzyć nie wolno. Nie dadzą i już. Nie ma, że coś wypadło, że ważne i konieczne. Nie i już. Skoro tak, to planuje w listopadzie, kiedy pójdę na urlop w następnym roku i pilnuje co do dnia. I nie obchodzi mnie, że ktoś poszedł na zwolnienie. Od tego jest szefowa, żeby sobie z takimi sytuacjami radziła. Mam w planie urlop to nie ma zmiłuj się, żebym nie skorzystała.
OdpowiedzUsuńNatomiast kobieta w ciąży ma kodeksowe uprawnienia, nic na to nie poradzisz, więc nie ma co się denerwować. To szefowa ma zaradzić tej sytuacji.
Może wykalkulowała 1000 zł na dzieci plus urlop roczny? piechotą nie chodzi...
OdpowiedzUsuńU nas kiedyś dyrekcja przyjęła panią do sprzątania, bo naprawdę była paląca potrzeba, a pani po miesiącu poszła na zwolnienie z powodu ciąży , etat zajęty, a sprzątać znów nie było komu!
Trudno stwierdzić czy to zaplanowała czy była wpadka, najważniejsze żeby Twój urlop doszedł do skutku i szefowa zapewniła zastępstwo.. Powodzenia dla Młodszego!
OdpowiedzUsuńA to sie porobiło,mam nadzieje, ze sie poukłada i swoje urlopy spedzisz milo i bez przesuwania terminu.
OdpowiedzUsuńNajbardziej Ci współczuję pracy z nielubianą osobą, to niszczy radość życia każdego dnia, jest dołujące okropnie.
UsuńŻyczę pozytywnego dla Ciebie rozwinięcia sytuacji. I powodzenia na maturze dla Młodszego!