wtorek, 24 stycznia 2012

05/2012


Jakby było mało całego zamieszania- szefowa postanowiła nam jeszcze "usprawnić" pracę. W majestacie prawa oczywiście. Podobno przestał obowiązywać tzw. "pakiet ustaw antykryzysowych". Jest coś takiego, jak "doba pracownicza"- w skrócie- od wejścia do pracy do następnego wejścia MUSI upłynąć co najmniej 24h, inaczej ponoć strasznie PIP się czepia. Jeśli przyjdę do roboty wcześniej- to te godziny traktuje się jako nadliczbowe w danej dobie pracowniczej, powinnam mieć za nie dodatkowo zapłacone itd... W sumie- nic specjalnego i odkrywczego...

Tylko- jak ktoś prawie 20 lat pracował w systemie  "codziennie inna zmiana"- rano, po południu, następnego dnia rano i tak ciurkiem na odwyrtkę- to mu się ciężko przestawić na system: tydzień rano, tydzień po południu. Nie mówiąc o tym, że jak coś komuś pilnie wypadnie- to d... i brak możliwości zamiany. Do tej pory jakoś się dogadywałyśmy, jakieś sprawy, wizyty u lekarza- szło się zamienić, dzień za dzień... Teraz to niemożliwe.
Właśnie kibluję na tygodniu popołudniówek. I bardzo mi się to nie podoba... Nie mówiąc o tym, że w piątek po tygodniu poranków chodziłam jak zombie. Ciężko się przestawić...

I to wszystko podobno "dla dobra pracownika". Wolałabym, żeby nikt mnie nie uszczęśliwiał na siłę. Nawet jeśli jest to w zgodzie z kodeksem pracy, a poprzedni harmonogram był niezgodny z obowiązującym prawem. Wrrrrr....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz