Gdzieś mi się rozłazi czas. Ogarnął mnie totalny marazm. W sobotę lenistwo totalne, nikogo w domu, a ja nie zrobiłam absolutnie nic, poza gapieniem się w telewizor i komputer. Poczytałam z godzinkę, więcej jakoś nie miałam ochoty. Niedziela do południa w pracy, po powrocie "należy mi się" odpoczynek, więc po obiedzie znów trochę książka, trochę tv. I po weekendzie...
Szefowa usiłuje mnie wysłać na urlop... Przełom maja i czerwca. Nie powiem, poszłabym, ale chętniej, gdyby nie bardzo ściśle określony przedział czasowy, w którym mogę ten urlop wziąć. Co do dnia, niemalże co do godziny. Bo nie mogę wyjechać wtedy, kiedy chcę, a wtedy, gdy pracodawca daje. Paranoja... A wyjechać by się przydało, bo potem moje miejsce w grafiku- to jak zwykle wrzesień albo październik. Trochę długo. Na razie nie chcę nic planować, nie wiadomo, jak ułoży się sytuacja z kontrolerami lotów. Gdyby tylko Bałtyk pod koniec maja nie był taką loterią pogodową. Temperatury przeżyję, ale żeby nie lało jakoś strasznie. Ale tego akurat nikt mi nie zagwarantuje... Do tego mąż ma za chwilkę wizytę na kwalifikację do wymiany biodra. Wolę nic nie planować... Najwyżej będzie spontan...
Do tego w niedzielę za dwa tygodnie komunia bratanicy. Jak zwykle- nie mam co na siebie włożyć, bo mi szafa "skurczyła" ciuchy od ostatniego większego wyjścia. Będę musiała coś wymyślić jeszcze w tej kwestii... Jak dobrze, że są zakupy przez internet.
Co do urlopu, mam tak całe życie, więc chyba dopiero na emeryturze np. zobacz góry we wrześniu lub Majorkę wiosną...
OdpowiedzUsuńMy tez nic nie planujemy z wielu powodów, obiektywnych i prywatnych.
Nie wiem co z tymi szafami się dzieje, że tak kurczą ubrania :) Moja tak samo!
OdpowiedzUsuńMoja Szafa ma to samo!!!
OdpowiedzUsuń