czwartek, 8 października 2020

42/2020

 ...od czego by tu zacząć... może od końca?

Wróciliśmy w poniedziałek wieczorem.  Z Fuerteventury wystartowaliśmy 10 minut wcześniej, niż zakładał rozkład. Na podejściu do Okęcia trochę rzucało, widać było błyskawice ale (chyba?) w bezpiecznej odległości. Pilot wylądował absolutnie po mistrzowsku, praktycznie w ogóle nie czuło się momentu dotknięcia ziemi przez samolot. Normalnie jak piórko. Trochę tych lądowań już przeżyłam i to absolutnie jest chyba nr 1. I... obowiązkowy przejazd na stanowisko postojowe przez całe lotnisko, oczywiście schodki, autobus itd... A potem... rozpętała się nawałnica i ze względów bezpieczeństwa siedzieliśmy w samolocie jeszcze pół godziny. Obsługa naziemna wstrzymała pracę. I tak mieliśmy gigantycznego farta. Bo gdybyśmy chcieli lądować 5 minut później, to... odesłano by nas do Katowic. Tak zrobiono ponoć z dwoma samolotami... I nie byłoby fajnie... Bagaże też dostaliśmy w pierwszym rzucie, ponoć potem były jakieś problemy, tak mówił pan z parkingu, na którym zostawiliśmy samochód. 

Sama Fuereventura jest jak zwykle przepiękna. I wręcz przeraźliwie pusta. Drogi tam mają niezłe, zawsze jechały nimi sznurki wynajętych samochodów. Czasem nawet tworzyły się małe korki. Teraz nic. Raz na jakiś czas coś przejedzie... Autobusy kursowe jeździły "jak chciały", według zasady "Wy macie zegarki, my mamy czas". Teraz wg rozkładu autobusów można ten zegarek wyregulować, jeżdżą puste. Jechaliśmy takim, w sumie jechało nim może z 6 osób, uwzględniając wsiadających i wysiadających na różnych przystankach. Jak sobie człowiek uświadomi, że tymi autobusami poza turystami jeździli ludzie do pracy w hotelach, to robi się bardzo przykro. Na Fuerteventurze poza pracą w ogólnie pojętej turystyce nie ma praktycznie innych źródeł utrzymania. Parę ferm kozich, parę plantacji aloesu. Parę lat temu jeszcze uprawiano pomidory na małą skalę, nie wiem, jak jest teraz. Wszystkie uprawy wymagają nawadniania, gleba jest skalista, powulkaniczna. Prawie wszyscy mieszkańcy zrezygnowali więc z pracy w rolnictwie i przeszli do szeroko pojętej turystyki. A teraz ich sytuacja jest po prostu tragiczna, bo nie ma pracy... Pozamykane hotele, sklepy, knajpy... Wychodzisz z hotelu koło południa na (normalnie) dość ruchliwą ulicę, rozglądasz się, jak masz farta, to na horyzoncie może zamajaczy jakiś człowiek... A miejscowość stricte turystyczna, praktycznie same hotele, normalnie na ulicach jest tłum...

Przyjechaliśmy do hotelu. Jakoś tak pustawo, ale ok. Trochę Hiszpanów, Włochów, Francuzów. i oczywiście Polacy... Po południu pierwszego dnia (poniedziałek) coś chcieliśmy na recepcji, pracowała akurat Polka, jakaś rozmowa...

- I tylko ćśśśśśśss... bo stracę pracę... W sobotę ten hotel zostanie zamknięty, Państwa przeniosą gdzie indziej... Tylko nikomu na razie nie mówcie, żeby nie siać paniki...

Zonk...

...co potwierdził rezydent na spotkaniu we wtorek rano...  Sieci nie opłacało się trzymać hotelu dla może 50 gości (z jakichś 800-900 dostępnych miejsc). Tak, że w sobotę mieliśmy przeprowadzkę. Niedaleko, do hotelu innej sieci. W sumie przesiedlono do niego praktycznie wszystkich gości z całej Costa Calmy, wszystkich narodowości. I po wszystkich przeprowadzkach ten hotel miał zajęte może 300 miejsc z dostępnych jakichś 1500... Jak na tym wyszliśmy? Położenie hotelu lepsze, przy ładniejszej i czyściejszej plaży. Pokój trochę mniejszy, twardsze i mniej wygodne łóżka, ale to oczywiście kwestia przyzwyczajeń. Wyżywienie podobne, oczywiście all inclusive. Więcej owoców morza, które kocham... Chociaż poprzedni hotel chyba usiłował pozbyć się części jedzenia "na granicy terminu", bo do tej przeprowadzkowej soboty serwowano nam jamon serrano na śniadanie, lunch i kolację, do kolacji dodatkowo kawior, który można było nakładać łyżką... 

Natomiast nie wyobrażam sobie tego drugiego hotelu przy tzw. "pełnym obłożeniu". Widać, że byłaby na pewno walka o miejscówki, o leżaki... Byłoby po prostu ciasno. Do tego trafiliśmy na dość głośny pokój... Hotel na planie litery U, z dziedzińcem wewnętrznym, patio, fontanny, rozmach itd... I jak się miało pokój od wewnątrz, to wieczorami było głośno. Bo dyskoteka do 23 na powietrzu (jak w kraju udaje mi się nie słuchać Zenka, tak tysiące kilometrów od domu miałam wątpliwą przyjemność wysłuchać "Oczu zielonych" co najmniej kilka razy... tia...), stoliki z baru na zewnątrz pełne rozweselonych drinkami gości. Momentami bywało to trochę uciążliwe, bo wracaliśmy do pokoju ok.22.30- 23  i przynajmniej jeszcze z godzinę nie było sensu szykować się do spania, bo i tak by się nie dało. Mimo, że all inclusive do 23. Ale od czego pomysłowość rodaków, przecież 5 minut przed zamknięciem można wziąć parę drinków "na zapas"... Tak naprawdę to momentami się wstydziłam... Jako narodowość- byliśmy w hotelu największą grupą. Do tego najgłośniejszą i najbardziej pijącą... Jeśli rano około 10. idę do baru na dobrą kawę na rozpoczęcie dnia w pięknych okolicznościach przyrody i słyszę z ust rodaka zamówienie: "Cwai doble wodka, bez lodu, w plastiku, no cola"- to wszystko opada... po prostu... przypominam, jest 10.rano... 

Noszenie maseczek obowiązkowe, wszędzie, poza stolikiem w restauracji, leżakiem, basenem, ręcznikiem na plaży i kąpielą w oceanie. Bardzo tego pilnowano, zwracano uwagę, jak maska komuś odsłoniła nos... u nas nagminne... 

Zdjęcie nie jest moje, pochodzi z artykułu o wakacjach byłego ministra zdrowia.  Nie wiem, czy jest tegoroczne... Widać parasole, leżaki... To jest plaża w Morro Jable. 100-200 m szeroka, ciągnie się ze 2 km, jak nie więcej. 

 








 

A jak my na niej byliśmy, to wyglądała tak...

 











Przepraszam za jakość, ale z telefonu... Prawda, że można było zachować dystans społeczny?

A taki widok mieliśmy z baru. Jak się powiększy, to w oddali widać lagunę Sotavento. Jakość telefoniczna, czyli podła...










I wszędzie przeraźliwie pusto. W hotelu rozmawialiśmy z człowiekiem, który prowadził zajęcia z nurkowania. I jest tak, że jeśli Niemcy i Brytyjczycy szybko- czyli max w listopadzie- nie odblokują lotów (na co się nie zanosi, niestety), to prawdopodobnie wszystkie hotele na Fuerteventurze zostaną zamknięte. Bo Fuerta tak naprawdę "stała" turystami z Niemiec, których teraz praktycznie nie ma. Nie oszukujmy się, 360 Polaków z Itaki raz w tygodniu nie rozwiązuje problemu... 

Co będzie dalej? Tragiczne jest to, że tam naprawdę dla tych ludzi NIE MA innej pracy...

Pogoda dopisała, jak zwykle zresztą. Chociaż ewenement- jednej nocy padało i to tak, że rano jeszcze widać było mokre posadzki. Wypoczęłam tak, jak chciałam. Leżak, parasol i czytnik. Wpis czytelniczy tez będzie, ale muszę się zebrać...

I znowu miałam deja vu. Nigdy nie byłam w tym drugim hotelu, nigdy nie brałam go nawet pod uwagę w rezerwacjach, nie oglądałam zdjęć... Tylko skąd wrażenie, że już gdzieś widziałam ten korytarz, te pokoje z trzema piętrami w amfiladzie, w ochrowożółtych kafelkach, taki wzór na podłodze? Przyśniło mi się? Coś mi się kołacze, że tak... i że wtedy obudziłam się z jakimś dziwnym uczuciem niepokoju, że śniło mi się miejsce, w którym NIE byłam... (Nie, nie mam zdjęcia, może później dorzucę, jak dorwę telefon Ślubnego...)... Dziwne...



8 komentarzy:

  1. Czyli jak zwykle błąd, że zamiast dbać o regionalność i nawet niewielki przemysł,rzucono sie na turystykę, bo to takie dochodowe.To sie zauwaza wszędzie niestety.
    Mnie by się podobalo, że pusto, ale jak piszesz nie obylo się bez oczyu zielonych i halasu wieczorem.
    Ale, ogólnie, bylo nieźle , wypoczęlaś,,a mąż nosił te odswieżone koszule;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tam przemysłu nie było nigdy, żadnego. Jedynie rolnictwo w bardzo ciężkich warunkach i hodowla kóz. Turystyka była szansą na trochę lżejsze (?)życie.
      Koszule wywietrzyłam i starczyło, nosił, oczywiście.
      I podobało mi się BARDZO. Do tego stopnia, że chcieliśmy zostać jeszcze tydzień, tylko nie dostałam przedłużenia urlopu. Jakbym pracowała przez ponad dwa tygodnie całymi dniami ciurkiem jak szefowa, to też bym się nie zgodziła na taki układ ;) W obliczu aktualnego rozwoju sytuacji to może i lepiej, że jesteśmy w kraju. Chociaż z epidemiologicznego punktu widzenia tam było bezpieczniej, mimo wszystko...

      Usuń
  2. No i nie mieliscie kwarantanny po powrocie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dlatego odłożyliśmy nasza Kretę za rok, może już będzie normalnie, a moze do tego czasu wszyscy zbankrutują?
    jotka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co będzie za rok- tego w tej chwili nie wie absolutnie NIKT... Zawsze rezerwowałam wakacje z tzw "first minute". W przyszłym roku, jeśli cokolwiek się uda, będzie to pewnie najostatniejszy "last"...

      Usuń
  4. Może odnoszę mylne wrażenie, ale takim przeraźliwym smutkiem napawa mnie Twój opis, jakbyś opisywała wymarłą cywilizację... Nigdy nie byłam na zagranicznych hotelowych wakacjach, trochę tego żałuję, myślę, że to strata nie do odrobienia. A zachowania naszych rodaków zostawiam bez komentarza.

    OdpowiedzUsuń
  5. Też mam wrażenie smutku i końca czegoś... Choć może wszystko minie, w czasie i po epidemii hiszpanki było podobnie, a jakie teorie spiskowe krążyły mimo braku internetu! Ważne, że odpoczęłaś :))) anka

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten smutek wpisu jest niestety zamierzony... Tam teraz JEST smutno. I to naprawdę wygląda, jakby te miejscowości wymarły...

    OdpowiedzUsuń