poniedziałek, 13 stycznia 2020

2/2020


Wieczór. Siedzimy ze Ślubnym, coś tam oglądamy. W łazience chodzi pralka, która nagle zaczyna wydawać dziwne odgłosy. Grzechot, jakby ktoś wysypał kulki od łożyska na bęben? Ki diabeł? Ja wiem, że pralka nam się psuje, że pada programator, ale dopóki chodzi... Ale jak się rozsypie fizycznie, to na gwałt będziemy musieli kupić nową... Nie teraz, plizzzz... Idziemy do łazienki, ale poza dziwnymi odgłosami- innych niepokojących objawów na szczęście brak. Pranie udało się skończyć, nastawiłam kolejne, grzechot metalowych kulek zmienił się w coś, jakby pojedynczy kawałek plastiku stukał o bęben... "Fachowiec" pilnie potrzebny... Tylko że "fachowcy" u nas życzą sobie dostarczenia sprzętu do zakładu. Pralka na wycieczce z 4. piętra bez windy... Zdecydowanie łatwiej kupić nową...
"Po znajomości" znalazł się fachowiec na telefon... Kazał zobaczyć pompkę... Ufff... winowajcy znalezieni... Ślubny z filtra pralki i z wirnika pompki wyciągnął tyle kasy, że starczyłoby na 2 bułki :) 46 groszy w sześciu monetach... i to one tak grzechotały ;)
Dobrze, że się udało bez kupowania nowej. A Ślubny poczuł się, jakby wygrał 1000 PLN-ów w totka, bo nie wydał ich na nową pralkę ;)

==================================

Mama od tygodnia jest w szpitalu. Dusiła się tak, że wezwaliśmy pogotowie. Poza tym- kategorycznie odmawiała jedzenia i picia, masakra... Wyniszczenie, odwodnienie... Trzeci dzień weekendu po południu, akurat Trzech Króli... Do szpitala przybywa chorych, wypisów nie ma. A Mama naoglądała się seriali typu "Na dobre i na złe" i programów w stylu "112" i myślała, że wszystko pójdzie gładko, tak jak tam... Konfrontacja z rzeczywistością małego powiatowego szpitala przerosła chyba nawet mojego brata... 7,5 godziny na izbie przyjęć w oczekiwaniu na przyjęcie, gdybym jakoś nie kojarzyła się (jako tamta pani z apteki) lekarzowi z izby- nie wiem, czy nie zostalibyśmy odesłani z powodu braku miejsc... Dwa dni leżenia na korytarzu, pretensje Mamy do wszystkich i wszystkiego o wszystko... Poprzednio, w listopadzie, leżała w Warszawie, w szpitalu klinicznym, inne warunki, inne podejście lekarzy... I za dużo obejrzanej idealizującej telewizji, te pseudodokumentalne programy powinny być zakazane... Ale- również-  silniejsze leki przeciwbólowe, kroplówki z glukozą. Po dwóch dniach- w końcu przeniesienie na salę. Przez ten czas zdążyła do siebie zrazić dokładnie wszystkie pielęgniarki i salowe "bo w Warszawie było inaczej, a tutaj się pies z kulawą nogą nie zainteresuje".
Oddział internistyczny w powiatowym szpitalu tak naprawdę jest typowym oddziałem geriatrycznym. Lekarz ordynator tak naprawdę też już dawno powinien być na emeryturze, informacji udziela wyłącznie w godzinach 13-15. Wtedy pracuję... Ruszyłam wszystkie znajomości prywatne, nawet te najdalsze... I dopiero jak zaczęto kojarzyć, że tamta pacjentka to matka "tej z apteki"- coś się ruszyło. Ot- taki małomiasteczkowy nepotyzm... Wczoraj na schodach spotkałam znajomą lekarkę, która do szpitala przychodzi tylko na dyżury. I to od niej w ciągu 2 minut rozmowy dowiedziałam się najwięcej. Że oprócz wzmacniających kroplówek Mama dostaje całe mnóstwo leków, które mają Jej ulżyć w tych ostatnich chwilach (odwadniające, rozszerzające oskrzela, wziewne sterydy, leki przeciwbólowe już z tych najsilniejszych). Przestała mieć trudności w oddychaniu, sama wstaje do łazienki na korytarzu. Pozornie jest lepiej... Pozornie, bo już nic się nie da zrobić. W klatce piersiowej rzęzi Jej tak, że słychać w całej sali. Natomiast mam wrażenie, że gdyby nie szpital- Mama by się już po prostu zagłodziła i udusiła. I żadna hospicyjna opieka domowa nie byłaby w stanie przynieść ulgi... Przykre to, ale prawdziwe... W szpitalu przynajmniej (ze wstydu?) nawet usiłuje coś jeść, zażądała syropu na apetyt, którego kategorycznie odmawiała w domu...
Natomiast ja wiem, że ta poprawa jest pozorna, bo choroba powoli ale nieubłaganie Ją zabija...

===================================

Aby do reszty nie stracić zmysłów- wieczorami coś tam czytam. Klasyczne odmóżdżacze, z wykreowanym innym światem. Skończyłam cykl o Żniwiarzach Pauliny Hendel. I o ile pierwsze dwa tomy- to tak sobie, o tyle po ostatnim- czwartym- czuję niedosyt i chcę jeszcze! Podobno w tym roku coś ma być, czekam z niecierpliwością. A teraz przerzuciłam się na powtórkę z "szamana" Anety Jadowskiej. Cięższa literatura po prostu mi nie wchodzi...



4 komentarze:

  1. Rzeczywistość wszędzie jest ładniejsza, niż w telewizji, w serialach szczególnie.
    Ostatnio w pralce tez znalazłam monety, chociaz niby sprawdzam, co jest w kieszeniach...

    OdpowiedzUsuń
  2. Cokolwiek by nie mówić na opiekę szpitalną, to dom nie jest w stanie lepszej zapewnić- nie ma takiej możliwości. Tyle, że dostać się do szpitala jest bardzo trudno.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciężkie chwile u Ciebie... Niestety czas oczekiwania na SORze wszędzie jest chyba długi. Zawsze zastanawiam się czy na pewno ten SOR jest nam czyli Matencji lub Tatencjuszowi potrzebny, bo wiem że to 5-7 godzin. Choć ostatnio byłam w szoku, bo nie było nikogo tylko my.
    ---
    Mnie też zdarza się wyciągać drobniaki z pralki, dzwonią w bebnie, a potem siedzą w kołnierzu...
    ---
    Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń