środa, 27 lutego 2019

4/2019



Wczorajszy dzień... W sumie chyba jeden z najdziwniejszych ostatnio. Kilka zbiegów okoliczności i mamy efekt...
Parę tygodni temu koleżanka wysłała SMS-a do Ślubnego, czy nie chcemy biletów na wczorajszy koncert Zaz na Torwarze. Nie, nie bezpłatnie, oni kupili wcześniej, ale nie mogą, bo potem bez sprawdzenia terminu zarezerwowali sobie wczasy za granicą. I czy nie chcemy odkupić, w sumie byłby pretekst do spotkania, bo widujemy się raz na rok albo rzadziej... Hmmmm... Zaz... Słuchałam kiedyś, jak wydała debiutancką płytę, nawet mi się podobało... Nawet jakbym pogrzebała, to i ze dwie płyty bym znalazła w jakiejś szufladzie na dnie...  Potem upłynęło trochę czasu, jestem w innym miejscu życia, teraz to "nie moje klimaty". Ale Ślubny się uparł "bo nigdzie nie chodzimy, może by czas nadrobić?" Pojechaliśmy do znajomych, odkupiliśmy bilety... Ja od początku sceptycznie nastawiona, miejsca stojące na płycie... Czy dam radę? Najwyżej wyjdziemy w trakcie, nikt nas nie będzie trzymał na siłę...
W związku z tym odpowiednio wcześnie poprosiłam o dni wolne w czwartek i piątek. Żeby się nie prosić o zamianę i nie wysłuchiwać fochów koleżanki, ze ma same popołudniówki (tak, to ta...). Dwa dni wcześniej dowiedziałam się, że czwartku wolnego mieć nie mogę, bo szefowa ma po południu radę. Jak się chce być figurą w polityce, to takie są potem efekty... Postawiłam się, że na drugą zmianę to ja w czwartek ABSOLUTNIE NIE i MUSZĘ wyjść półtorej godziny wcześniej (bo mi się nie chciało... i powód też miałam, ale o tym kiedy indziej...). Przynajmniej tutaj nie było problemu...
Z innej beczki... jakiś czas temu moja lekarka zwiększyła mi dawkę jednego z leków na ciśnienie- betablokera- do dawki maksymalnie stosowanej. Wskazania są, trzeba i już... I- niedawno- robiąc porządki w lekach- znalazłam opakowanie tegoż- w dawce 2x niższej. Data ważności jeszcze dobra, ale trzeba szybko zużyć, przecież nie oddam do utylizacji, najwyżej będę łykać po dwie tabletki. Mogę. Dorzuciłam opakowanie do pudełeczka ze swoimi lekami "bieżącymi", oczywiście nie usuwając napoczętego opakowania w dawce właściwej. Bo szybko zużyję to po dwie i wrócę do tej dużej dawki. Leki łykam w ten sposób, że najpierw wyjmuję z pudełka po jednym opakowaniu, wyłuskuję tabletkę, łykam, odkładam na blat... a potem z powrotem pakuję do większego pudełka, w którym je przechowuję, licząc... do 5 odlicz... ciśnienie1, ciśnienie2, potas, magnez, witamina D...
Piątek rano... wolne... :D Wstałam, zaczęłam ogarniać chałupę, dobrze mi szło, przerzuciłam tonę papierów z zaległej szuflady... Zrobiła się 10, jakieś śniadanie by zrobić... Zadowolona z siebie na maxa, bo tak mi dobrze poszło-  "na autopilocie" połknęłam leki. I odliczam do 5... i wychodzi mi...6... Jakim cudem????? A na wierzchu dwa opakowania z betablokerem w niższej i wyższej dawce... Z obu wyłuskałam tabletki, z obu je połknęłam...  Na pewno... Kurczę... Podwoiłam maksymalną dopuszczalną dawkę... Gdybym podwoiła - nie przekraczając maksymalnej- trudno. Ale w takim wypadku- co robić??? Panika... I ten cholerny koncert w perspektywie wieczorem...
Szewc bez butów chodzi, a farmaceuta... myli się w dawkowaniu swoich własnych leków...
Nie wierzcie nikomu, że "na szybko" i w domowych warunkach da się zrobić płukanie żołądka. Chyba, że ktoś pił alkohol... Wtedy- idzie... Bo- mimo, że wypiłam szybko ze 2 litry wody i usiłowałam sprowokować wymioty- skutek był mizerny... Potem sprawdziłam oczywiście w dr google co mam robić... Bezwzględnie skontaktować się z lekarzem lub niezwłocznie udać się na SOR... Tia... Jestem sama w domu, mam do jasnej... WOLNY DZIEŃ, miało być tak pięknie... Trzy głębokie wdechy, pomiar ciśnienia. Od połknięcia leków minęło z pół godziny... Ciśnienie 150/88 i tętno 92. Jak na razie nic nie działa, może nie będzie źle... Potem co pół godziny pomiar ciśnienia i pulsu... Ani razu ciśnienie mi nie spadło poniżej 120 i puls poniżej 70. Adrenalina jednak zrobiła swoje... Nogi miałam trochę "miękkie", ale w sumie już nie wiedziałam, czy z powodu leków- czy z nerwów... Po trzech godzinach wywlokłam się nawet na jakieś małe zakupy, zrobiłam obiad... Ciśnienie w miarę, tylko nogi "miękkie"... Może nie będzie źle? Może jednak jechać na ten koncert??? Tylko te cholerne miejsca stojące...
Ślubny wrócił z pracy, opowiedziałam, co się stało, stwierdził, że jakaś obsługa medyczna na miejscu być musi, najwyżej wyjdziemy.
I pojechaliśmy ;)
Miałam jeszcze nadzieję, że gdzieś przycupnę w kąciku. Że znajdzie się jakieś miejsce siedzące, nawet tyłem do sceny. Nic bardziej mylnego. Sala Torwaru była pełniutka. Ludzie w różnym wieku, widziałam rodziny z dziećmi w "początkach" podstawówki. Czy naprawdę  Zaz ma w Polsce tylu fanów? Bo my- znaleźliśmy się na tym koncercie trochę przypadkiem, ale reszta? Stwierdziłam, że absolutnie nie idę dalej niż 10 kroków od wejścia. Jak padnę, to przynajmniej łatwo mnie będzie odholować. Duchota nieziemska, gorąco, dobrze, że poszliśmy do szatni. Cały koncert przestałam niedaleko wyjścia, oparta o barierkę, wydzielającą przestrzeń z konsolą realizatorów dźwięku i kamerzystą od tłumu. I cały czas miałam "miękkie nogi".  Ale dałam radę ;)
Sam koncert- świetny. I muzycznie i wizualnie nie było się absolutnie do czego przyczepić. I- faktycznie- to byli fani. Bo rozpoznawali utwory, śpiewali... Ja po francusku - zero kompletnie, może ze trzy- cztery piosenki wydały mi się znajome... Ale- moim zdaniem- głos wokalistki - naturalnie zachrypnięty- bardziej pasuje do małej, kameralnej, klubowej sali, a nie hali sportowej.  Ale- to jest gwiazda, w tej chwili już światowego formatu, profesjonalna w każdym calu. Jestem pełna podziwu, bo to prawie dwie godziny "na maxa". Nie dało się odczuć, że jest inaczej. I- nie wiem, czy był jakiś bis, bo oczekiwanie się przedłużało i wyszliśmy... z powodu moich "miękkich nóg" i aż tak bardzo nam nie zależało. Przynajmniej w miarę szybko wyjechaliśmy z parkingu i byliśmy w domu...
Właściwie- to sama nie wiem, na czyj koncert chciałabym pójść... A Ślubnemu zapowiedziałam, że jeśli będzie chciał mi zrobić "koncertową" niespodziankę- to mają być miejsca siedzące, bo za stara jestem na takie atrakcje na stojąco.
A dzisiaj... żyję ;)  I mam zakwasy od długiego stania, bolą mnie nogi. Ale leki rano wzięłam pojedynczo ;)


KOMENTARZE DO WPISU


  • aga-joz 2019/02/23 21:25:38

    Najbliższy koncert, na który się wybieram to Stare Dobre Małżeństwo, z miejscami siedzącymi i dość kameralnie. Masz rację, że w pewnym momencie życia należy się dużo komfortu.
    A co do leków- dobrze, że nic się nie stało. Ludzki organizm jest jednak silniejszy niż nam się wydaje i byle tabletka tego nie zmieni. Osobiście nie cierpię łykać jakichkolwiek leków, wiedząc jakie mogą być objawy uboczne, zazwyczaj mam je wszystkie zanim jeszcze otworzę pudełko. I jestem bardzo nieszczęśliwa, kiedy już coś mnie dopadnie i muszę się poleczyć, tak jak ostatnio. Nie wyobrażam sobie co będzie w przyszłości
  • fusilla 2019/02/25 10:23:28

    Niezły hardkor miałaś!
    Ja dopiero niedawno zaczęłam czytać ulotki leków, wcześniej o tym nie myślałam, dopiero teraz, gdy mi się cała odpornośc ulotniła, a co chwilę coś dopada. Miałam też przypadek, że lekarz mnie wyśmiał, gdy chciałam przedyskutować przepisywanie leku, który był w wyraźnej opozycji do już używanych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz