czwartek, 23 czerwca 2022

18/2022

Dwa tygodnie temu wróciliśmy z urlopu. Już dwa tygodnie? Kiedy to minęło...

Czas coś skrobnąć na ten temat, dopóki jeszcze cokolwiek pamiętam.

W Turcji byłam pierwszy raz. Czy ostatni- mam nadzieję, że nie, choć nie wszystko mi się podobało.

Turcja jest... głośna. Bardzo głośna. Albo my tak trafiliśmy... Hotele ućkane "na wcisk" wzdłuż Riviery Tureckiej biorą sobie za punkt honoru zagłuszyć sąsiadów, czy to muzyką puszczaną przy basenach, czy też wieczornym show między 21.a często 23.30. Do tego szum wszechobecnych klimatyzatorów. Po wyjściu z hotelu - bazar, stoisko obok stoiska, ciuchy, buty, zegarki, torebki, wszystko "pierwsza kopia z oryginału". Dla mnie tego wszystkiego było po prostu za dużo, jakaś masakra...

I meczet obok meczetu. Jak już uda się zasnąć dobrze po północy, to o 4.30 rano (jeszcze głęboka noc i ciemno) zaczynają się wezwania muezinów do porannych modlitw. I nie ma, że ciemno, że może jakaś cisza nocna. Nagłośnienie z minaretów często jest jeszcze lepsze, niż to hotelowe, niesie się na kilometry, bo jest w miarę cicho... Po raz pierwszy na wyjeździe (a było już ich trochę) musiałam używać stoperów do spania. Inaczej się nie dało... Mąż nie pozwalał zamknąć okna i włączyć klimy (zresztą to niezdrowe...), a przy otwartym niestety dla mnie było za głośno...

Rezerwację kupiliśmy naprawdę wyjątkowo tanio. Aż podejrzanie... Termin- który naprawdę idealnie nam pasował. Lepiej nie można było. Trzy dni przed i trzy dni po od razu było o 1000 zł więcej za osobę, za tyle samo noclegów. Śmieliśmy się, że dostaniemy "pokój w suterenie z widokiem na śmietnik". Na szczęście nie było tak źle, wręcz przeciwnie :). Teraz - w tzw. wysokim sezonie - hotel na jedną osobę kosztuje tyle, ile wtedy zapłaciliśmy za 2. Sam hotel- jak na tureckie warunki maleńki (bo cóż to jest te 150 czy 160 pokoi), z poprawnym jedzeniem turecko- europejskim (bez szału), z prywatną plażą przynależną tylko do niego, z bezpłatnymi leżakami i parasolami. Ale wciśnięty między 2 "resorty" takie na 4000 osób. Butelkowana woda dostępna na żądanie w każdym barze, ile się chciało. Czyściutko, hotel nówka sztuka z 2019 roku. Głośno. Miejsc na plaży do oporu, bez wyścigów i rezerwacji. Sama plaża nieciekawa, żwirek, mnóstwo jakichś patyków, zejście do morza takie sobie, szybko robiło się głęboko, mnóstwo kamieni na dnie. A i woda wcale nie najczyściejsza. Mimo upałów- zamoczyłam się raz do kostek i stwierdziłam, że to nie dla mnie (nie pływam, idę od razu na dno). No ale były leżaki z parasolami. I ja spod tego parasola praktycznie nie wychodziłam, a i tak smarowałam się filtrem 30. Bez smarowania nawet w cieniu byłaby masakra... Do tego obowiązkowy jasny kapelusz z szerokim rondem, z którym się praktycznie nie rozstawałam. W ogóle między 13 a 16 nie dało się wysiedzieć na dworze. A był początek czerwca... Zauważyłam, że w ogóle passe jest noszenie na plaży nakrycia głowy i  przodują w tej beztrosce panowie 60+.  Niestety, byliśmy świadkami, jak jeden mężczyzna- taki właśnie 60+, bez nakrycia głowy - dostał udaru. Niedowład jednej strony ciała, brak kontaktu... Na plus- pogotowie przyjechało bardzo szybko, zabrali go do szpitala. Co się później z nim działo- nie wiemy, to był najprawdopodobniej Rosjanin. Przestroga dla pozostałych... 

Za to udało nam się wakacyjne towarzystwo. Po obowiązkowym spotkaniu z rezydentem pomagaliśmy dwóm paniom +- w naszym wieku uruchamiać hotelowe wifi. Mąż stwierdził, że "to na pewno lekarki". Skąd to wiedział- nie wiadomo. Ale miał rację ;) Potem wieczorem w barze jakaś luźna rozmowa, dosiadła się jeszcze para w podobnym wieku... I okazało się, że ciągnie swój do swego, bo pani jest... farmaceutką ;) . Tylko że pożegnała aptekę otwartą na rzecz szpitalnej. Nie narzucając się sobie zbytnio spędzaliśmy przemiłe wieczory w barze przy drinku (albo i dwóch ;) ).

A perspektywa następnego wyjazdu oddala się niestety na czas bardzo nieokreślony....

Ślubny miał mieć na dniach (tak dzisiaj- jutro) wymianę biodra. Niestety- wylądował na zwolnieniu z infekcją zatok, gorączką, na antybiotyku. Więc z operacji nici. Proponowany kolejny termin- niestety, dopiero koniec sierpnia. Ubolewamy nad tym, ale nie przeskoczymy. Trudno... Najgorsze jest to, że ma coraz większe problemy z poruszaniem się i boli coraz bardziej. Trzeba zacisnąć zęby i przeczekać.

2 komentarze:

  1. Mhhm... Gdyby udało mi się namowic SzM na taki wyjazd to byłby chyba ostatni nasz wspólny zahraniczny. Mój chyba też. Dziękuję Ci za ten wpis. Myślę od czasu do czasu o wypadzie za granicę. Turcję już mogę skreślić z listy kierunków 😉😁

    OdpowiedzUsuń
  2. Zauważyłam to samo na Krecie, choć mieliśmy szczęście, bo nasz hotel miał 3 segmenty, a my w tym bez dzieci i w miarę cicho.
    Oby mąż szybko wyzdrowiał i mógł naprawić biodro!

    OdpowiedzUsuń