wtorek, 26 października 2021

31/2021

Wróciliśmy już ponad tydzień temu. Ale wpadłam w kierat pracowo- domowy i na nic nie mam czasu. Walizki nawet nie do końca rozpakowane, jeszcze stoją, jeszcze mają nadzieję, że może się za jakiś niedługi czas przydadzą...

Byliśmy w Dominikanie. Nie "na" tylko "w". Bo wyspa po polsku nazywa się Haiti, a cały świat nazywa ją Hispaniola. Początki Nowego Świata, Kolumb i reszta... Zresztą- zaledwie tej historii "liznęliśmy" na jednej wycieczce do Santo Domingo. Na więcej nie miałam siły, na szczęście nie nastawialiśmy się na zwiedzanie.

Mój mąż twierdzi, że nareszcie się wygrzał. A dla mnie było zdecydowanie za gorąco. Oczywiście warunki do wypoczynku rewelacyjne, bielutka plaża z piaskiem jak mąka, woda w oceanie jak zupa, gdzie nie czujesz jak do niej wchodzisz i nie przewiewa do szpiku przy wychodzeniu. Nawet się parę razy zamoczyłam. Miejscowi są do temperatury i wilgotności przyzwyczajeni, chodzą w długim rękawie i długich spodniach... I normalnie pracują, ochrona hotelowa na plaży w czarnych uniformach, czego sobie nie wyobrażam... Ja najchętniej rozbierałabym się "do kości" i przy każdym spacerze szybszym krokiem momentalnie zostawałam "miss mokrego podkoszulka".  Do przyjęcia tylko leżak w głębokim cieniu i dużo, dużo wody. Nie, nie rumu... za gorąco... Zaliczyliśmy parę tropikalnych ulew, gdzie przez kwadrans leje, jakby polewano wiadrem. I potem "umyte" niebo, "lampa", 35' w cieniu i nie ma czym oddychać.

Hotel jak hotel... Moloch, nówka sztuka, wybudowana w 2019 roku, pod Amerykanów... Potem przyszła pandemia i tak naprawdę nie mieli chyba jeszcze okazji pracować przy pełnym obłożeniu, co szczególnie w drugim tygodniu pobytu zaczynało się dawać we znaki. Ponieważ Amerykanów na razie brak- pewnie posprzedawali miejsca "po kosztach" gdzie się dało. I o ile w pierwszym tygodniu pobytu było w miarę znośnie (bo nie musiałam na siłę integrować się z rodakami pijącymi tyle rumu, ile widzą), to w drugim tygodniu hotel dopełnił się na full Rosjanami i zaczął się lekki horror. O leżaku na plaży już o 7.30 rano można było zapomnieć (kiedy przedtem szliśmy po śniadaniu koło 9.30 i były wolne bez problemu...), wszędzie porozkładane ręczniki. Tłok w restauracjach, o dystansie zapominamy... Mój introwertyzm tylko cichutko popiskiwał i wzdychał do pandemicznego 50% obłożenia hoteli... Jedzenie- każdy znalazł coś dla siebie, ale bez większych ekscytacji. Wszystko z hotelowych półprzemysłowych półproduktów. To do czego przyzwyczaiłam się, że jest ciepłe- przeważnie było zimne. Ryby, które przecież powinny być wizytówką- suche i mało jadalne. Nie, nie głodowałam, ale jakoś tak nie do końca to jedzenie trafiało w moje gusta. No ale ja nie jestem Amerykanką... Wyjątek- owoce. Ananasy, arbuzy, marakuje, papaje, pomarańcze, melony i mój absolutny nr 1- świeże mango. Dojrzałe, słodkie, kremowe, lekko mączyste... Kto spróbuje tam- raczej już nie tknie tego importowanego do Polski...

Z wycieczek- zaliczyliśmy dwie, ale z lokalnym polskojęzycznym organizatorem. Też sporym zresztą. Żelazny punkt programu każdego urlopu w Dominikanie- wyspa Saona, krzywe palmy na plaży, "instagramowe" fotki... Śmiałam się, że przy tej biednej obleganej krzywej palmie powinien stać minutnik do jajek, bo kolejki do zdjęć stały po kilkanaście osób... I oczywiście znowu wrażenie "deja vu" ze snu... Pamiętam sen, jakaś obłędna zieleń, plaża, w okolicy tak trochę niezbyt czysto... przysiadłam na leżaku i rozmawiam z jakąś nieznajomą kobietą... Nie mogłam zlokalizować miejsca, kraju, bo nigdzie gdzie do tej pory byłam, nie było takiego krajobrazu... I tam, na Saonie, "klatka ze snu" wskoczyła na swoje miejsce. Zaczynam się bać... Sama wycieczka świetna, na Saonę motorówkami, z powrotem- imprezowy katamaran. Rum, głośna muzyka, karaibskie disco... Mam tyle lat, na ile się czuję, a nie tyle, ile w paszporcie. Było super 😀 

I druga wycieczka- Santo Domingo. 13.10. Trzynasty... Zaczęło się falstartem. Kazali nam być w punkcie zbiórki o jakiejś pogańskiej porze. (Dla komunikacji ważne- w hotelu bezpłatne wifi, do komunikacji raczej whattsap i messenger, normalne smsy i połączenia w cenach kosmicznych, a nie chciało nam się szukać miejscowych kart sim). Czekamy... czekamy... cofnęłam się parę kroków do miejsca, gdzie już łapało hotelowe wifi... I zonk, na whatsappie info, że jest godzinne opóźnienie, bo jest problem z przewodnikiem. Wróciliśmy do pokoju. My to my, ale była jeszcze rodzinka 2+2, tak 3,5 i 1,5 roku... Tamci to się musieli sprężać. No dobra. Wyruszyliśmy. To nie jest niestety wycieczka dla dziecka 1,5 roku, które w autokarze się nudzi, wyje i przeszkadza przewodnikowi, który jednak chciał nam trochę poopowiadać. Albo ja już nie mam cierpliwości... W Santo Domingo jaskinie Tres Ojos- rezerwat Trzy Oczka- trzy (a właściwie 4) podziemne jeziorka, temperatura lekko licząc 35 stopni i ze 200% wilgotności. Po raz pierwszy w życiu czułam pot cieknący po łydkach, a bluzkę po wyjściu stamtąd mogłam wyżymać. 

Całe historyczne Santo Domingo- piękne, ale bez dobrego przewodnika nie wiesz, co która budowla "opowiada". I przejażdżka kolejką linową "teleferico" nad najbiedniejszymi dzielnicami. Domy sklecone z byle czego, byle jak... Przewodnik mówił, żeby nie oceniać, bo ci ludzie żyją tak, jak chcą... Z drugiej strony- czy to jest ich własny wybór?  Nie oceniam więc, byłam, widziałam... Ten punkt programu wycieczki podobał mi się najbardziej.

Natomiast- niestety- nasi rodacy jak zwykle za granicą "dają czadu". Na wycieczce do Santo Domingo była grupka, która miała wszystkich w "głębokim poważaniu", bo skoro zbiórka w umówionym miejscu jest o 15.30, to nic się nie stanie, jak cała grupa 10 minut poczeka. Albo pomocnik przewodnika pójdzie szukać pana pokłóconego z żoną, który się zasiedział w jakimś barze. A lot powrotny to już w ogóle horror, bo przesiąść się nie można, a towarzystwo wokół wypiło "na miejscu" na lotnisku alkohol zakupiony w strefie wolnocłowej. I zachowywało się według maksymy "świat należy do mnie i nie muszę się z nikim liczyć". Na szczęście w miarę szybko poszli spać... Nie wspomnę o locie "tam" kiedy to już na "dzień dobry" do opóźnionego o godzinę lotu dołączyło się międzylądowanie w Madrycie (godzinny postój, wymiana załogi, o czym nie było słowa wcześniej...) i groźba kolejnego lądowania w Lizbonie albo na Azorach... Na szczęście agresywnego pasażera udało się spacyfikować. Niektórym jednak nadmiar pieniędzy BARDZO uderza do głowy...

Podsumowując... Wypoczynek świetny, mimo że za gorąco- to co najmniej tydzień za krótko. Gdyby to ode mnie zależało- zmieniłabym chyba hotel na mniejszy, i najchętniej w ogóle jakiś taki, w którym nie spotkałabym rodaków...  Czy tam wrócę- nie wiem, z tamtych stron marzy mi się jeszcze Kuba... I pandemio- WRÓĆ, ze swoim 50% obłożeniem hoteli...

I na zakończenie- najsłynniejsza palma na świecie, zdjęcie z internetu (nie, to nie ja 😉)   









4 komentarze:

  1. Dla mnie taka egzotyka jest ekscytująca, ale nie wytrzymałabym chyba tej temperatury i wilgotności. No i ta długość lotu... Niemniej - pomarzyć mogę... 😀

    OdpowiedzUsuń
  2. Odnotowuję relację, ale pewnie bym tam nie dała rady!
    Ważne, że Ty jesteś zadowolona!🙂

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetna relacja!
    Dla mnie nawet w Grecji było za gorąco, fakt - był nietypowy upał.
    Tez jestem za tym, by hotel był kameralny:-)
    najważniejsze, że wygrzałaś się i poleniuchowałaś:-)
    jotka

    OdpowiedzUsuń